Siedzę w ciszy, która nastąpiła po wybrzmieniu ostatnich akordów, a w mojej głowie wciąż rezonuje ciężar, jakiego dawno nie dane mi było doświadczyć. „Deuterium” mną wstrząsnęło.
To potężne, bezwzględnie emocjonalne dzieło muzyczne. Moment, w którym rany przeszłości zamieniają się w monument. O wieloletniej ciszy, o rozpadzie, o symbolicznej śmierci Blindead i jego ponownym narodzeniu pod postacią Blindead 23 napisano już przecież wystarczająco wiele. Nie ma sensu raz jeszcze rozgrzebywać tych samych traum. Dość powiedzieć, że Mateusz Śmierzchalski okazał się feniksem. Powstał z popiołów, by na ciele polskiej muzyki metalowej wyciąć nową, głęboką bliznę. Wraz z Patrykiem Zwolińskim, Pawłem Jaroszewiczem i Rogerem Öjerssonem w murach szwedzkiego Studio Gröndahl zamknęli w siedmiu utworach i pięćdziesięciu czterech minutach coś, co każe nam o Blindead 23 pamiętać przez lata. To muzyka, która wydziera emocje słuchaczowi brutalnym gardłowym rykiem, ścianą przesterowanych gitar i ciężarem zdolnym fizycznie go przygnieść.
Wyobraźcie sobie, że stoicie w zgliszczach dawnej świątyni. Wokół unosi się tylko gryzący dym, nie ma już nic. I wtedy zaczyna się opowieść Blindead 23. Początek, skryty pod hasłem „Immersion”, uderza z dawką niemal schizofrenicznej, dzikiej agresji. To Blindead 23 spuszczony ze smyczy, nieprzewidywalny i bezkompromisowy. Brutalne partie gitar idą tu wściekle pod rękę z huraganową sekcją rytmiczną, wznosząc gęstą, przytłaczającą ścianę dźwięku. Ten album oddycha metalem. Brudnym, drapieżnym i momentami wręcz bestialskim. Riffy tną jak zardzewiałe ostrza, perkusja miażdży niczym lawina gruzu, a ciężar poszczególnych fragmentów przypomina powolne zapadanie się świata pod własnym ciężarem. Nad tym wszystkim unosi się opętany wokal, balansujący na samej krawędzi szaleństwa i czystej furii. Patryk Zwoliński nie śpiewa. On ryczy, charczy i wypluwa z siebie emocje. Growling na „Deuterium” jest głęboki i chropowaty, jak głos człowieka rozrywanego od środka. Kto spuścił go ze smyczy? Kto dał mu dar odczuwania?
Kompozycje zawarte na „Deuterium” wydają się utkane ze spopielonych, surowych brzmień, zanurzone w mrocznych tłach i ponurych, nieskończonych przestrzeniach. Ciężkie, monumentalne growle zderzają się z partiami niemal hipnotyzującymi, a lodowate, elektroniczne strzały potęgują duszny, klaustrofobiczny klimat. Jest w tym wszystkim jakaś sakralna groza. Jakbyśmy uczestniczyli w emocjonalnym rytuale odprawianym w ruinach zapomnianego świata. Jeśli szarość potrafi mieć bogatą paletę barw, to Blindead 23 jest dziś jej magnatem. W tym albumie tętni gęsty, wielowarstwowy nurt. Brudne krzyki przeplatają się z czystą, przejmującą melancholią, ale nawet w tych spokojniejszych momentach pod skórą pulsuje napięcie. Jakby cały ten materiał za chwilę miał eksplodować kolejną falą metalowej furii.
Ta rwana, niepokojąca narracja z czasem jednak blednie i wygasza swą furię w kolejnych rozdziałach płyty. Gdy zbliżamy się do brzegu albumu, w pętających serce „Towards the Dark” oraz „You Are the Universe”, Patryk Zwoliński śpiewa. Robi to skrajnie lirycznie, z ogromnym ładunkiem schowanego w popiołach cierpienia. I właśnie dlatego momenty, w których wcześniej ryczał jak osaczone zwierzę, rezonują jeszcze mocniej. Finałowe słowa zamykające album bolą fizycznie. Ten głos, ta interpretacja, zasługują na najwyższy podziw. „Deuterium” to nie tylko metal, nie tylko progresywny kunszt czy drapieżna elektronika. To metal ekstremalnie emocjonalny. Ciężki, agresywny i bezlitosny, a jednocześnie przejmująco ludzki. Szczera, obezwładniająca opowieść o kondycji współczesnego człowieka.
W tej muzyce odnajdujemy zadziwiająco dużo wolnej przestrzeni - momentami rockowej, głęboko zakorzenionej w dialogu gitar i perkusji. Zespół bez pytania o pozwolenie wierci dziury w gatunkowych konwencjach, miesza rockowy pazur z elektroniką i tworzy monolit. Dzieło spójne, potwornie ciężkie, zrodzone bezpośrednio z bólu. Album, który chwilami brzmi jak powolne miażdżenie klatki piersiowej stalowym walcem. Przeszłość, którą przynieśli ze sobą twórcy, stała się wyjątkową muzyką. Przetworzyli mrok w piękno, pozostawiając nas w głuchej, pełnej podziwu zadumie. Umarłem kilka razy z muzyką „Deuterium”. Odradzałem się z nią, później wciąż umierałem. Absolutnie wyjątkowe dzieło.
Albumu słuchałem z klimatycznie trzeszczących dwóch winyli marbled. Igła, która je kroiła, była niczym kielich w tym muzycznym rytuale. Fantastyczne tłoczenie.
Winyle Blindead 23 znajdziesz w naszej wyszukiwarce płyt winylowych.