Przypomnijmy sobie polski pop AD 2006. Nie istniało jeszcze Męskie Granie, Brodka była przed przełomową „Grandą” i śpiewała m.in. „Miał być ślub”, a cały kraj klaskał razem z Rubikiem. Funkcjonowały już co prawda nazwiska i projekty śmiało czerpiące z muzyki elektronicznej i klubowej, jak Smolik czy Reni Jusis, ale właśnie wtedy tę część rodzimej sceny wzbogacił Plastic, wydając debiutancki album zatytułowany po prostu „Plastic”.
Przyglądam się temu albumowi z prostej przyczyny – z okazji jego dwudziestolecia Warner Music Poland wydał go po raz pierwszy na winylu. To dobra okazja, by spojrzeć na niego z dzisiejszej perspektywy. Tym albumem Plastic zaproponował własną odmianę nowoczesnego popu: tanecznego, dopracowanego producencko, czerpiącego z zagranicznych trendów, ale niepozbawionego indywidualnego charakteru. W momencie premiery płyta zwróciła uwagę branży, czego potwierdzeniem były dwie nominacje do Fryderyków. Nie przełożyło się to jednak na sukces komercyjny, jakiego można było oczekiwać po tak przebojowym materiale. Dziś wciąż trudno mi to zrozumieć. Na albumie znalazło się niemal wszystko, czego potrzeba, by przekonać do siebie szeroką publiczność: chwytliwe melodie, wyraziste refreny, nowoczesne brzmienie i produkcja, która nie ustępuje ówczesnym zagranicznym wzorcom.
Wrażenie robi przede wszystkim artystyczna świadomość debiutantów. Utwory są dojrzałe, przemyślane, a Plastic od początku brzmi jak projekt w pełni gotowy na większą karierę. Nie ma tu muzycznego poligonu ani przypadkowego testowania studyjnych możliwości. „Superstar”, jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów na płycie, nie sprawia wrażenia wprawki, lecz gotowego radiowo-klubowego singla. Napędza go taneczna energia, a optymistyczna, nieco retro estetyka nadaje mu lekkości. To pop skonstruowany z dużą precyzją, bez przeładowania studyjnymi efektami. Technologia służy tu piosenkom, a nie odwrotnie.
Do dziś na parkietach doskonale sprawdzi się mniej znany numer – „Open Your Mind”. Słyszę w nim ducha „Confessions on a Dance Floor” Madonny, albumu, który rok wcześniej wyznaczył jeden z ważniejszych kierunków rozwoju tanecznego popu. Nie chodzi tylko o wykorzystanie elektroniki, lecz o sposób budowania kompozycji – rytm i aranżacja tworzą dużą przestrzeń dla melodii, a klubowy beat nie odbiera piosence popowej lekkości. Plastic nie kopiuje bezwiednie zagranicznych wzorców, ale mądrze z nich korzysta i przetwarza na własny język. Szkoda jedynie, że na winylowej reedycji zabrakło mocnego numeru „Whoever”. Jest on dostępny na starym kompakcie oraz w streamingu i można sobie tylko wyobrazić, jak ten house’owo-daftpunkowy killer zabrzmiałby z wosku. Wielka szkoda!
Sam winyl brzmi bardzo dynamicznie, a jednocześnie oddaje subtelność tej mądrej i nieprzeładowanej produkcji. Zarówno bas, jak i rytm mają tu swoje miejsce, a wokal – jak to w popie – wybrzmiewa na pierwszym planie. Płyta ma półprzezroczysty, czerwony kolor, który dobrze koresponduje z szatą graficzną albumu. To spójny i elegancki produkt, odpowiedni zarówno do domowego odsłuchu, jak i didżejskich setów.
Nie chcę się nad Plastic użalać, ale trudno nie zastanawiać się, dlaczego ta muzyka nie wybiła się mocniej. Być może album znalazł się między kategoriami: „zbyt alternatywny dla masowego odbiorcy” i „zbyt przebojowy dla fanów klubowej niszy”. A może zabrakło odpowiedniej promocji? Dziś, dwie dekady po premierze, „Plastic” zasługuje na ponowne odkrycie. Przypomina, że polski pop nie musi wybierać między komercyjną przebojowością a producencką ambicją. Ta płyta ma jedno i drugie. A może właśnie z perspektywy dwóch dekad łatwiej docenić, jak dobrze Plastic rozumiał tamtą muzykę.
Wydawca: Warner Music Poland