Wywiady

Cinnamon Gum: Żyję jedną nogą w latach 70.

Jakub Krzyżański
Jakub Krzyżański
27.03.2025

Cinnamon Gum (właśc. Maciej Milewski, wcześniej tworzący jako MaJLo) – kompozytor, autor tekstów, wokalista i producent. Jego najnowszy album „The Cinnamon Show” cieszy się uznaniem nie tylko w Polsce, ale również w Stanach Zjednoczonych. Specjalnie dla Portalu Winylowego opowiada o genezie swojego projektu, terapeutycznej roli wykonywanej muzyki, a także o tym, jak się odnajduje z tak oryginalnym repertuarem na naszej krajowej scenie.

Jakub Krzyżański: Przed rozmową wróciłem do Twojego starszego projektu MaJLo (2015-2022) i nie doszukałem się w nim ani śladu tej muzyki, którą tworzysz dzisiaj jako Cinnamon Gum. Kiedy w takim razie zainteresowałeś się amerykańskim soulem lat 70.? To zupełnie nowa fascynacja, czy słuchałeś go już wcześniej?

Cinnamon Gum: Fascynacja pojawiła się jeszcze przed projektem MaJLo, ale bardziej w postaci muzyki jazzowej i około jazzowej. Studiowałem na Akademii Muzycznej w Gdańsku w klasie gitary jazzowej i wtedy byłem mocno zanurzony w ten nurt. Natomiast faktycznie, przejście z melancholijnych dźwięków projektu MaJLo na obecny styl, zarówno muzyczny, ale też wizualny i światopoglądowy, to dosyć radykalna zmiana. Tak jednak miało być.

Czy stało się coś wyjątkowego w Twoim życiu, że akurat teraz doszło do tej zmiany?

Powiem o tym, chociaż jak nie muszę, to unikam tego tematu. Nie dlatego, że jest dla mnie niekomfortowy, tylko w dzisiejszej przestrzeni medialnej dużo już się mówi o zdrowiu psychicznym i nie do końca na tym chcę budować swoją narrację. Pod koniec projektu MaJLo miałem mocny kryzys psychiczny w postaci depresji i lęków. Na pewien czas zupełnie porzuciłem muzykę i długo się leczyłem, a ten soul przyszedł do mnie zupełnie naturalnie. Pamiętam, że moją pierwszą inspiracją był projekt Durand Jones & The Indications. Ta muzyka wniosła pewną nadzieję i pozytywny klimat do mojego życia, więc uznałem, że sam chciałbym coś podobnego wykonywać. Myślę, że ten wcześniejszy, melancholijny styl wiązał się tak naprawdę z moim introwertyzmem i lękową naturą, która doskwierała mi od dziecka. Nagle jednak stwierdziłem, że nie chcę tego tak dosadnie podkreślać w swojej muzyce, tylko wejść w inny świat, który doda mi więcej siły.

Doceniam, że zechciałeś się tym podzielić. Swoją drogą, całkiem niedawno dotarłem do kilku publikacji, które zwracają uwagę na wzrost popularności lżejszej, pogodniejszej i eskapistycznej muzyki, zwłaszcza wśród ludzi młodszych. Powodem ma być właśnie większa troska o zdrowie psychiczne w dzisiejszych, bardzo trudnych czasach.

Tak, ja podzielam te obserwacje. Pamiętam, że ok. 2015 roku, gdy wystartowałem z projektem MaJLo, melancholijność, refleksyjność oraz surowe, gitarowe granie było potrzebne i ten nurt miał się dobrze. To jeszcze było przed pandemią i wszystkimi mocnymi ciosami, które nami w ostatnich latach wstrząsnęły. Dzisiaj ludzie potrzebują trochę więcej nadziei, siły i pogody ducha, by dać sobie radę z chaosem czy problemami wokół nas. Ja sam czuję się lepiej z moim obecnym stylem. Muzyka jest tłem naszego życia, dlatego gdy grałem refleksyjne piosenki, miałem w sobie podobne emocje. Teraz natomiast wolę dawać ludziom coś innego, traktować to bardziej jako rozrywkę, zdystansować się od głębszych kwestii i nieść dobrą energię.

Tworzysz amerykański soul w stylu lat 70. Zazwyczaj, gdy artysta inspiruje się epoką, w której sam nie żył, widzi ją w lekko zniekształconej, wyidealizowanej formie, stosuje pewien filtr swoich wyobrażeń i skojarzeń. Jakie wspomnienia, historie lub doświadczenia składają się na Twój filtr?

Na pewno całe moje dzieciństwo. Mój tata też jest muzykiem i wszystko zaczęło się od tego, że jak byłem mały, wyjeżdżał na statek na takie kontrakty. Pływał m.in. do Stanów Zjednoczonych i przywoził stamtąd różne rzeczy, w tym płyty CD oraz kasety. To była muzyka właśnie soulowa i około-soulowa, np. Al Green, Curtis Mayfield, Marvin Gaye, ale też Whitney Houston, którą uwielbiałem. I ta muzyka zawsze wydawała mi się taka ciepła, bezpieczna, podobnie jak kultowe amerykańskie filmy, które oglądałem z rodzicami. Do tego dochodzi moja fascynacja całą ówczesną kulturą – modą, estetyką, ruchu wolności treści, które płynęły właśnie z muzyki. Wtedy wszystko było świeże bo dopiero się rodziło a artyści z tamtej epoki faktycznie przelewali swoje emocje w piosenkach. Owszem, może to być wyidealizowane patrzenie na lata 70., ale wydaje mi się, że wówczas ważniejsza była muzyka od wszystkich showbiznesowych, zero-jedynkowych mechanizmów, które w dzisiejszych czasach są od muzyki ważniejsze! Myślę, że po prostu czuję ten okres. Żyję jedną nogą w latach 70., nagrywam też filmy, staram się je kręcić analogowo, robię zdjęcia starym aparatem i interesuję się dawną motoryzacją. To wszystko do mnie przemawia i tworzy w mojej głowie obraz słonecznej Kalifornii, która wiem, że dziś wygląda już inaczej, więc jedyne, co mogę zrobić, to się do tego cofnąć za sprawą własnej twórczości.

A czy przy nagrywaniu albumu „The Cinnamon Show” stawiałeś sobie różne wyzwania i ograniczenia, by np. zrezygnować ze współczesnych metod i jak najwierniej odtworzyć tamte czasy?

Tak, w studio robiłem bardzo dużo eksperymentów, by uzyskać interesujące mnie brzmienie. Zbieram analogowe instrumenty już od jakiegoś czasu, nawet przed startem projektu Cinnamon Gum i dla mnie naturalną rzeczą było korzystanie z tamtych technik inżynieryjnych. Nie było tak, że nagrywałem coś we współczesny sposób, a potem „psułem”, by to dostosować do dawnej estetyki. Nigdy nie byłem fanem wtyczek VST i wirtualnych instrumentów. Mam za to kilka mikrofonów, w tym jeden wyjątkowy – RCA z 1958 roku, który generuje trochę szumu, co potraktowałem jako wartość dodaną. Używałem więc nagromadzonego sprzętu i bez dużego wpływu postprodukcji udało mi się tamto brzmienie uzyskać.

Czy od początku sobie założyłeś, że ten materiał wyjdzie na winylu? Na jego premierę w tym formacie musieliśmy jednak trochę poczekać.

Od wielu lat chciałem mieć swój winyl. Tak naprawdę przymierzałem się do tego już przy dwóch ostatnich płytach MaJLo, ale ponieważ wydaję muzykę w sposób niezależny, we własnej wytwórni, to zawsze pod koniec realizacji albumu nie miałem budżetu, żeby samemu się zająć tłoczeniem winyli. Z biegiem czasu odpuszczałem ten temat i zajmowałem się nowymi rzeczami. Wcześniejszy album Cinnamon Gum – „Moon Water” – też miał być na winylu i znów nie dałem rady. Aż w pewnym momencie, przy wydaniu „The Cinnamon Show” skontaktowałem się z Przemkiem Dremo ze sklepu Sonar Music Store, w którym często bywam. Powiedziałem mu: „Stary, chciałbym, żeby ta płyta była na winylu, ale nie wiem, czy poradzę sobie z finansami, bo dużo kasy poszło na inne sprawy”. Wtedy okazało się, że Przemek już od dłuższego czasu chciał, żeby Sonar był także po części wydawnictwem. Dogadaliśmy się i zrobiliśmy to wspólnie. Stąd też dłuższy czas oczekiwania na winyl.

Było warto, naprawdę brzmi jak płyta sprzed 50 lat.

Materiał jest mono, dodatkowo skorzystaliśmy z techniki lakieru, a nie DMM. Myślę, że dzięki temu brzmienie jest ciemniejsze, a winyl zyskał swój niepowtarzalny urok.

Pomówmy chwilę o odbiorze tej płyty. Jeszcze kilka miesięcy temu wspominałeś w wywiadzie, że wg statystyk chętniej słuchają Cię w Stanach niż w Polsce. Czy obecnie, gdy album zaistniał u nas w kilku ważnych rankingach i plebiscytach, coś się zmieniło?

Myślę, że wzrost zainteresowania za oceanem spowodowany był singlem „Amanita”, który wylądował na kilku istotnych playlistach, m.in. wytwórni Colemine Records, która dystrybuuje album cyfrowo. Później, po kilku fajnych publikacjach w Polsce i różnych szansach, które tu otrzymałem, trochę te statystyki się wyrównały, ale szybko „Amanita” znowu zaczęła głośniej grać w USA. Aczkolwiek pozytywny feedback w Polsce cały czas mnie zadziwia. Nie spodziewałem się, że w tym kraju taka muzyka może trafić do tak dużej liczby osób, w tym dziennikarzy. Pamiętam, jak w projekcie MaJLo miałem trudności, by przebić się z anglojęzycznym materiałem, więc tym razem moim założeniem było przede wszystkim spełnić się muzycznie i zostawić na płycie dużo siebie. A tymczasem entuzjastyczny odbiór jest dla mnie zaskakujący. Mam wrażenie, że ta muzyka po prostu tak działa. Wszystkim się gdzieś kojarzy, chociażby właśnie z filmami, które kiedyś oglądali. Do tego wspomniane już trudniejsze czasy, w których ludzie potrzebują trochę ciepła i pewnej zmiany. Miłe było np. zaproszenie mnie na Męskie Granie, bo to impreza zupełnie inna od mojego stylu. Z drugiej strony chciałbym też koncertować za granicą i przybliżyć się do sceny, która tam normalnie funkcjonuje, a u nas jej po prostu nie ma. W Polsce trudno się poruszać i znaleźć jakąś przestrzeń z artystami podobnymi do mnie. Raczej na krajowych festiwalach jestem czymś oryginalnym, innym niż reszta.

Co w takim razie sądzisz o polskiej scenie muzycznej?

Myślę, że warto o tym mówić, i to nawet bez ogródek, że od kilku lat widzimy w Polsce ten sam zestaw headlinerów, co pewnie może się przejeść. Dlatego być może to jest ten moment, kiedy jakiś utarty schemat przestaje działać. Pewnie potrzebujemy jeszcze kilku lat, by te zmiany zaszły na dobre, ale chociażby mój udział w Męskim Graniu zapowiada pewne odświeżenie tej formuły. To napawa optymizmem, bo w kolejce stoi bardzo dużo dobrych projektów, niekoniecznie z soulową muzyką, ale czymś, co nie jest inspirowane taką typową „polską alternatywą”, które od lat próbują się przebić. Liczę, że wkrótce to im się uda i też zaistnieją na tych bardziej mainstreamowych imprezach.

Skoro już wspomniałeś o swoim koncercie, powiedz, jak przygotowywałeś się do występów na żywo. Początkowo Cinnamon Gum miał być przecież projektem wyłącznie studyjnym.

To było olbrzymie wyzwanie, ponieważ większość ścieżek w tym projekcie, poza perkusją i skrzypcami, była nagrana przeze mnie. Wiedziałem więc, że potrzebuję zespołu, w dodatku złożonego przynajmniej z 7-8 osób. Nie chciałem posiłkować się z komputerem i różnymi uproszczeniami, tylko zagrać totalny live. Zebrane osoby to moi znajomi jeszcze z czasów studiów, graliśmy wcześniej w różnych poprzednich projektach. Przy takim składzie trudne jest już samo zorganizowanie próby i zgromadzenie wszystkich w jednym miejscu i czasie. Ale tak naprawdę dużo większym problemem było opanowanie kwestii mentalno-psychicznych. W końcu nie grałem koncertów od ok. 3 lat. Ostatnia trasa, tuż przed moim załamaniem, sporo mnie kosztowała. Później zrezygnowałem z występów, jeszcze rok temu mówiłem wszystkim, że lepiej czuję się w studio a nie na scenie, chociaż wszystko to było spowodowane moimi lękami. Gdy kończyłem album „The Cinnamon Show” poczułem, że czas wyjść ze strefy komfortu. Cinnamon Guy – alter ego, które sobie wymyśliłem – pomogło mi w wyzbyciu się tych lęków i nabraniu swobody scenicznej. W moich oczach to postać pewna siebie, bardzo luzacka, dlatego wejście w jej buty pozwala mi odnaleźć się na koncertach. W tym czasie odezwała się do mnie Natalia, która zaproponowała pomoc w bookingu. Powiedziałem jej: „Bookuj każdy wolny termin, robimy to!”. Wiedziałem, że tylko tak mogę się przełamać. Bardzo szybko na horyzoncie pojawiło się kilka koncertów, które stopniowo ogłaszam. Pierwszy, debiutancki, odbył się pod koniec lutego w klubie Jassmine w Warszawie i cały się wyprzedał. Gdy go zagrałem, nagle poczułem, że nie mogę się doczekać kolejnych i moja wizja występów na scenie totalnie się zmieniła. To tylko dowód na to, jak bardzo rozwinął mnie ten cały projekt, a postać, którą wykreowałem, zdjęła olbrzymi ciężar z mojej głowy.

Gratuluję Ci tego i życzę jak najwięcej koncertów, w Polsce i za granicą.

fot. K. Kacperski

Jedyny polski portal o płytach winylowych. W sieci już od ponad 10 lat (wcześniej Psychosonda)

Dane kontaktowe

Redakcja Portalu Winylowego
(biuro e-words)
al. Armii Krajowej 220/P03
43-316 Bielsko-Biała

© 2025 Portal Winylowy. All rights reserved.