Grają surf rocka tak dobrze, że zainteresował się nimi amerykański label. W nawiązaniu do stylu i epoki, która ich inspiruje, wydali niedawno siedmiocalowy singiel, a debiutancki winyl zapowiadają na drugą połowę 2025 roku. O surfowaniu, współpracy z HI-TIDE Recordings oraz planowanych zagranicznych wojażach opowiada nam The Surfers: Igor Jeziak, Szymon Podgrodzki, Sławomir Nowak i Kacper Kwiatkowski.
Jakub Krzyżański: Jak to się stało, że w chłodnej Polsce, która raczej nie ma nic wspólnego z kalifornijską kulturą i tamtejszym stylem życia, narodził się taki zespół jak The Surfers?
Igor Jeziak: Trochę przez zbieg okoliczności. Każdy z nas miał swoje osobne projekty, w których graliśmy niekoniecznie muzykę surfową, ale ogólnie w klimatach lat 50. i 60., lecz te grupy nie przetrwały. W pewnym momencie się spotkaliśmy i założyliśmy własny zespół, klarując swój styl.
Co w takim razie zdecydowało, żeby grać akurat surf rocka? Byliście wcześniej fanami tego stylu?
Szymon Podgrodzki: Każdy z nas już wcześniej kojarzył taką muzykę i trochę jej słuchał prywatnie. Ja akurat dołączyłem do grupy niedawno, bo niecały rok temu i sam byłem pozytywnie zaskoczony, że jest w Polsce zespół, który kultywuje takie granie.
Kacper Kwiatkowski: Muzyka surfowa pojawiała się chociażby w filmach Tarantino – dla wielu młodych ludzi to pierwsze zetknięcie z tym stylem. Nie każdy jednak kojarzy go z nazwą surf, raczej po prostu z pewną instrumentalną pochodną rock’n’rolla.
Igor, jesteś frontmanem zespołu, Twoje nazwisko pojawia się przed jego nazwą. Czy to znaczy, że w największym stopniu jesteś odpowiedzialny za Wasz muzyczny kierunek?
I.J.: Jak najbardziej, staram się wszystkich zarażać tym klimatem, ale to na pewno nie tak, że muszę chłopakom cokolwiek narzucać. Oni się doskonale znają na tej muzyce.
A czy fakt, że jesteście z Gdańska, pomaga Wam wejść w plażowy, nadmorski klimat tej muzyki i idący za nią styl życia?
Sławomir Nowak: W jakimś stopniu tak, chociażby przez to, że mamy blisko plażę, na której nagraliśmy niedawno teledysk. Myślę, że każdy z nas czuje jakiś związek z wodą, mimo że w surfing nigdy na dobre nie weszliśmy. Jeszcze!
I.J.: Jednym z moich największych marzeń jest zrobienie tripa po polskim wybrzeżu, na którym połączymy granie z kursem nauki surfingu. Mamy już plan, żeby to wdrożyć, czekamy tylko na cieplejszą porę roku. To nam pomoże jeszcze bardziej poczuć klimat naszej muzyki i kultywować kulturę surfową.
Opowiedzcie, jak doszło do Waszej współpracy z amerykańskim labelem HI-TIDE Recordings.
K.K.: Mówiąc szczerze, to środowisko muzyki surfowej jest dość wąskie, bo na całym świecie ok. 50-100 zespołów gra taki klasyczny surf. Wszyscy się raczej znają i obserwują w mediach społecznościowych. Tak się też naturalnie nawiązał nasz kontakt – od wzajemnego lajkowania do wymiany wiadomości.
S.N.: Zauważyli, że koncertujemy, pracujemy nad imagem, wrzucamy regularnie nowy materiał i jesteśmy zespołem, który się rozwija. Nie gramy w garażu wyłącznie dla siebie, tylko chcemy osiągnąć coś więcej. Pewnie doszli do wniosku, że warto się do nas zgłosić i zaproponować współpracę.
Czy zareagowali jakoś na fakt, że jesteście z Polski?
I.J.: Nie było po ich stronie zdziwienia, poza tym założycielka tej wytwórni, Magdalena O’Connell ma polskie korzenie. Jest to pewnie jakaś ciekawostka, bo wiadomo, że na ogół podobne zespoły rodzą się w Kalifornii, ale te najbardziej rozpoznawalne są np. z Kanady, Anglii czy Japonii. To scena dość porozrzucana po świecie.
K.K.: W Japonii grają rewelacyjnie, na bardzo wysokim poziomie, bo to mocno techniczny naród. Np. w „Kill Billu” Tarantino została wykorzystana właśnie muzyka japońskiego żeńskiego zespołu The 5.6.7.8's.
Wydaliście dla tej wytwórni siedmiocalowy singiel z piosenkami „The Breeze” i „Free As the Ocean”. O ile panuje moda na winyle, to jednak w obiegu funkcjonują głównie longplaye, a małe single pozostały na marginesie. Co dla Was znaczy ta siódemka?
I.J.: Ma dla nas przede wszystkim wymiar symboliczny. Gdybyśmy byli takim prawdziwym, amerykańskim zespołem w latach 60., to pewnie też zadebiutowalibyśmy siedmiocalowym singlem. W dodatku nasza płytka jest utrzymana w stylu ówczesnych surf bandów – nie ma okładki, jedynie białą kopertę, dużą dziurę i prosty label. Ktoś mógłby ją uznać za zaginiony przedmiot z tamtej epoki.
A czy odnajdujecie w historii polskiej muzyki jakieś wpływy surf rocka?
S.P.: Tak, szczególnie w działalności zespołu Pięciolinie, który potem zmienił się w Czerwone Gitary. Oni zaczynali głównie od surf rocka. Szokujące jest nawet to, że istnieje zapis ich koncertu z 1964 roku, na którym konferansjer zapowiedział, że grają „młodzieżową, modną muzykę surfową”. Jak widać, już wtedy ludzie w Polsce wiedzieli, że tak to się nazywa.
To mnie zaskoczyliście! Nigdy nie powiązałbym wczesnego wcielenia Czerwonych Gitar z surf rockiem. Wracając do Waszej muzyki, obok coverów gracie również autorski materiał. Zawsze się zastanawiałem, czy młodym zespołom, które są wierne jakiemuś stylowi retro, trudno jest w jego ramach prezentować coś kreatywnego i świeżego, i czy ta otoczka nie bywa czasem ograniczająca. Jak jest w Waszym przypadku?
I.J.: To ja się zajmuję komponowaniem nowych utworów i nie odczuwam w tym żadnej trudności. Nie przerabiam czegoś, co już jest znane, bo nie chodzi mi o odgrzewanie kotletów. Gdy mam jakiś pomysł, początkowo ma on formę klasycznej piosenki, którą dopiero potem przekładam przez filtr surfowych aranży z lat 60.
Surf rock to nie tylko muzyka, ale też cała strona wizualna: pozy na scenie, image, estetyka teledysków. Jak się w tym odnajdujecie? Traktujecie to jak kostium, który się zakłada, a potem zdejmuje, czy jest to już Wasza naturalna skóra?
K.K: Dla mnie to jest bardziej element sceniczny, przyznam szczerze, że na co dzień nie odtwarzam tamtych czasów.
S.N.: Ja podobnie jak Kacper, w codziennym życiu bazuję raczej na współczesnych ciuchach, ale to jest forma uzupełnienia przekazu artystycznego. Po prawdzie nie byłoby sensu grać takiej muzyki, chcąc ją przedstawić w oryginalnym brzmieniu, stojąc na scenie w dresie. Wtedy nie bylibyśmy autentyczni.
S.P.: Na pewno nie traktujemy tego jak obowiązek. Czując ten klimat, aż chce się tak wyglądać i ruszać.
I.J.: A ja akurat na co dzień siedzę w tym klimacie, ubieram się w stylu przełomu lat 50. i 60. Bardzo dobrze się w tym czuję.
Na koniec powiedzcie, jakie są Wasze najbliższe plany.
I.J.: Mamy już potwierdzone zaproszenie do Anglii na Landlocked Festival (8 czerwca) – plenerowe wydarzenie właśnie dla ludzi w klimatach około surfowych i rockabilly. W sumie to będzie nasz pierwszy wyjazd za granicę. Mamy też w planach Włochy i Surfer Joe Festival (22 czerwca) – największy festiwal surfowy w Europie. Cały czas jesteśmy w trakcie ustalania wycieczki do Kalifornii, mamy tam wystąpić 1 sierpnia na Surf Guitar 101 Festival. Chcemy też jak najwięcej działać u nas, bo koncerty w kilku dużych polskich miastach wciąż jeszcze przed nami. Do tego kończymy prace nad naszym debiutanckim longplayem dla HI-TIDE Recordings. Ukaże się on prawdopodobnie pod koniec wakacji.
Trzymam zatem kciuki i dzięki za rozmowę!
Autor zdjęć: Patryk Adamowski