„Zastanawiałem się, czy ta płyta nie jest zbyt odważna albo zbyt trudna” – mówi o swoim drugim solowym albumie Kacper Krupa – saksofonista i producent, muzyk zespołu Siema Ziemia. „SEKWA” (wyd. NoPaper Records) ukazała się 7 sierpnia na CD i winylu, a każda z edycji zawiera własny, dodatkowy utwór. Z artystą rozmawiamy o koncepcji płyty nawiązującej do jazdy na deskorolce, sztuce improwizacji oraz o tym, dlaczego nigdy nie wyda pełnej wersji swoich albumów w streamingu.
Jakub Krzyżański: Dlaczego właśnie „SEKWA”? Co się kryje się za tytułem Twojej płyty?
Kacper Krupa: Długo zastanawiałem się nad nazwą tego albumu i nad tym, jak o nim opowiadać. W końcu doszedłem do wniosku, że te kilka lat, które poświęciłem na produkcję i nagrywanie płyty, to był też czas, kiedy bardzo dużo przebywałem na skateparku. Na deskorolce jeździłem już od liceum, później miałem różne kontuzje i zrobiłem sobie przerwę. Dopiero po wydaniu „First Snow” (debiutanckiego solowego albumu z 2023 roku – przyp. red.) znowu zacząłem wracać na skatepark. Stało się to częścią mojej codziennej rutyny – siedziałem w studiu, produkowałem muzykę, robiłem przerwę na deskorolkę i wracałem do pracy. Pomyślałem, że fajnie byłoby do tego nawiązać.
A dlaczego „SEKWA”? W slangu deskorolkowym oznacza to płynny ciąg tricków wykonywanych jeden po drugim w określonym tempie, bez robienia przerw. Równocześnie zorientowałem się, że w wielu moich plikach z roboczymi nazwami utworów pojawiało się słowo „sequence”. I tak stwierdziłem, że sekwencja staje się myślą przewodnią mojej płyty. Połączyłem więc te dwa światy.
Fot. Krystian Daszkowski
Wykonywanie sekwy na deskorolce kojarzy się z balansowaniem między precyzją i techniką a spontanicznością. Czy podobnie wygląda Twoje podejście do tworzenia muzyki?
Tak, zdecydowanie. W komponowaniu wychodzę przede wszystkim z improwizacji. Często nagrywam na przykład saksofon solo albo syntezatory – po prostu włączam nagrywanie i improwizuję. Zdarza się później, że niczego nie tnę i zostawiam całość taką, jaka jest, ewentualnie dogrywam kolejne ślady czy nowe instrumenty. Innym razem biorę tylko bardzo krótki fragment takiej improwizacji i na jego bazie buduję cały utwór albo jego część. Tak to zazwyczaj wygląda.
Czy dobra improwizacja może istnieć bez wiedzy i świadomości muzycznej?
To jest grubszy temat. Sam skończyłem Akademię Muzyczną i zawsze przewijało się tam pytanie, ile powinno być w grze prostoty i żywiołowości, a ile techniki i wszystkiego, co wcześniej wyćwiczyliśmy. Oczywiście im więcej się umie, tym lepiej – to nie podlega dyskusji. Myślę, że ważna jest umiejętność pielęgnowania tego, co siedzi nam w głowie. Niekoniecznie wykorzystywania całego warsztatu, wszystkich fraz, zagrywek czy gam, których uczymy się podczas edukacji muzycznej, ale właśnie szukania melodii w głowie i odtwarzania ich w prosty sposób. Ja lubię podejmować ryzyko podczas improwizacji. Nie chcę grać wyłącznie fraz, których nauczyłem się wcześniej. Wolę czasem spróbować zagrać dokładnie to, co w danym momencie słyszę w głowie, nawet jeśli technicznie jeszcze nie mam tego w palcach.
Osoby bez muzycznej edukacji też mogą improwizować na instrumentach i czasem wychodzą z tego naprawdę świetne rzeczy. Pamiętam, jak Szymon z Fundacji Pan Gar uczył się grać na saksofonie. Zagrał z nami na jamie i zrobił na mnie duże wrażenie. A on na to, że tylko coś tam próbuje (śmiech). Tak więc zdarza się dobra improwizacja bez przygotowania muzycznego.
„SEKWA” jest płynną opowieścią – kolejne utwory naturalnie przechodzą jeden w drugi. Czy komponowałeś materiał w takiej kolejności, w jakiej znalazł się na płycie?
Nie. Dopiero później, kiedy miałem już sporo materiału, zacząłem się zastanawiać, co z nim zrobić. Początkowo planowałem wydać trzy osobne EP-ki. Jedna miała być bardziej elektroniczna, z kompozycjami o zaawansowanych formach. Druga – tylko na saksofon solo. Trzecia miała być w zasadzie singlem, który ostatecznie zaistniał na albumie jako „Sekwa z wariacjami” – jedenastominutowy ambientowo-noise'owy utwór. Podsyłałem ten materiał różnym znajomym i właśnie Przemek Sainer powiedział mi: „Stary, to świetnie brzmi jako całość. Wystarczy tylko dobrze to poukładać i masz gotową płytę”. No i tak zrobiłem. Zacząłem układać kolejność utworów i rzeczywiście okazało się, że to działa. Dodam jeszcze, że sam bardzo lubię różnorodne albumy. Czasem nudzą mnie płyty, na których każdy kolejny utwór brzmi bardzo podobnie. Dlatego spodobał mi się pomysł, żeby zrobić coś bardziej zróżnicowanego. Mam wrażenie, że na tej płycie właściwie każdy utwór jest zupełnie inny.
Fot. Krystian Daszkowski
Twój debiutancki solowy album „First Snow” miał bardzo wyraźną, autobiograficzną narrację – odwoływał się do wspomnień z dzieciństwa i zim spędzonych w Nowym Targu, z którego pochodzisz. Mam wrażenie, że przy „SEKWIE” zostawiasz słuchaczowi znacznie więcej przestrzeni do własnej interpretacji. To było świadome założenie?
Tak. Nie chciałem niczego narzucać słuchaczowi. Nawet trochę martwiłem się tym motywem deskorolki, bo wcześniej mówiłem o snowboardzie i górach, a teraz znowu pojawia się jakiś konkretny punkt odniesienia – w dodatku po raz kolejny jest to deska. Dlatego poprzestałem na samym tytule. Nie opowiadam tej płyty jako historii o deskorolce. Raczej uważam, że muzyka powinna bronić się sama. Mogę opowiedzieć, skąd wzięły się takie, a nie inne decyzje, ale zostawiam słuchaczom miejsce na własną interpretację.
Skoro porównujemy „SEKWĘ” do Twoich wcześniejszych albumów, wróćmy na chwilę do „TAXI” z 2023 roku, w którym brałeś udział jako część projektu ŁONA x KONIECZNY x KRUPA. Czy tamta współpraca wpłynęła jakoś na ostateczny kształt „SEKWY”?
Wpłynęła o tyle, że na pewno bardzo dużo nauczyłem się podczas pracy nad „TAXI”. Czy siedząc z Andrzejem Koniecznym, czy z Łoną – każdy z nich miał swoje pomysły i wyniosłem z tej współpracy mnóstwo, nawet jeśli chodzi o same rozwiązania produkcyjne. Jednak „TAXI” było dziełem kolektywnym, a przy „SEKWIE” spodobało mi się to, że mogłem sam podejmować wszystkie decyzje. Z drugiej strony wiązała się z tym duża odpowiedzialność. Kiedy pracowałem z Łoną i Koniecznym, z zespołem Siema Ziemia czy innymi projektami, zawsze był ktoś, kto mógł powiedzieć: „Może spróbujmy inaczej”. Tutaj wszystko zależało ode mnie. Czasem pojawiała się obawa, że człowiek brnie w ślepą uliczkę i zmarnuje wiele godzin pracy. Chociaż chyba nigdy nie jest to do końca prawda, bo każda taka próba czegoś uczy.
Nawet kiedy miałem już gotowy materiał, zastanawiałem się, czy ta płyta nie jest zbyt odważna albo zbyt trudna w odbiorze. Nie jest to muzyka, przy której dobrze się rozmawia, wymaga ona uwagi od słuchacza. Od wielu osób słyszałem opinię, że album ten zyskuje przy każdym następnym odsłuchu. Bardzo mnie cieszy ten fakt, ponieważ sam bardzo lubię w ten sposób odkrywać muzykę i szczegóły w niej zawarte.
Album zapowiadały trzy single: „Beads Gate”, „Anxiety Remix Uneven” i „Relief”. W rocku czy w popie wybór singli wydaje się oczywisty – na pierwszym planie są względy komercyjne. Ty, ze swoją muzyką, miałeś dużo większą swobodę. Czym się kierowałeś, wybierając właśnie te utwory?
Nie oczekiwałem po tych singlach jakiegoś komercyjnego sukcesu, ale starałem się wybrać utwory reprezentatywne, które jednocześnie mają szansę spodobać się trochę szerszej publiczności. Tworząc płytę, w ogóle nie myślałem o tym, czy jakiś utwór będzie bardziej lub mniej przystępny. Dopiero na etapie wyboru singli uznałem, że warto postawić na takie trzy, które mogą dotrzeć do większej liczby słuchaczy. To jest o tyle ciekawe, że dwa pierwsze single trwają około pięciu–sześciu minut, czyli i tak długo jak na singiel. Dzisiaj najlepiej byłoby pewnie zmieścić się w dwóch minutach, ale to już zupełnie inna historia. Z kolei trzeci singiel – „Relief” trwa chyba jedenaście minut, więc to już naprawdę nietypowa rzecz. Okazało się jednak, że platformy streamingowe najlepiej przyjęły właśnie jego. Trafił nawet na playlistę Spotify New Music Friday. To dla mnie dowód, że jednak w muzyce nie warto kierować się algorytmami. Mieliśmy podobnie z Siema Ziemia. Najpierw wypuszczaliśmy utwory, które wydawały nam się najbardziej singlowe, a dopiero kiedy wyszedł „Bells” – dość mroczny, ciężki i długi kawałek – okazało się, że właśnie on trafił na świetne playlisty i do dziś ma chyba najwięcej odsłuchań. Ciekawe, że utwory, które teoretycznie nie mają potencjału na singiel, często okazują się najczęściej słuchane.
„SEKWA” ukazała się w dwóch wersjach – na winylu i CD – a każda z nich zawiera ekskluzywny utwór. Skąd pomysł na taki zabieg? Czy układając tracklistę brałeś pod uwagę nośnik i to, że CD słucha się inaczej niż winyli?
To była dość prosta koncepcja. Wydaje mi się, że jeśli ktoś kupuje album, to fajnie, żeby dostał coś więcej niż to, co jest już dostępne w Internecie. Najchętniej wrzuciłbym całość na oba nośniki, a na streamingach udostępnił mniej materiału, ale na winylu zwyczajnie się to nie zmieściło. I tak jest już mocno wypełniony – około 21 minut na pierwszej stronie i 24 na drugiej. Dlatego postanowiłem dodać jeden krótszy bonusowy utwór na winyl i jeden dłuższy na CD, które ma znacznie większą pojemność. Zadecydowały więc względy czysto techniczne. Cieszę się natomiast, że na streamingach nie ma całej płyty i że część materiału pozostaje dostępna wyłącznie na fizycznych nośnikach. Myślę, że nigdy nie wydam kompletnej wersji albumu w streamingu.
Projekt okładki: Fryderyk Szulgit, fot. Krystian Daszkowski
A w jaki sposób sam słuchasz muzyki? U Ciebie też królują fizyczne nośniki?
Bardzo lubię słuchać winyli, bo to jest pewien rytuał. Trzeba wyjąć płytę, położyć ją na gramofonie, opuścić igłę, usiąść wygodnie i po prostu słuchać. Później trzeba jeszcze płytę odwrócić. Wymaga to odrobiny wysiłku i właśnie to mi się podoba. Łatwość słuchania muzyki w streamingu jest oczywiście fantastyczna. Mamy dostęp praktycznie do wszystkiego z całego świata i to jest niesamowite. Tylko łapię się ostatnio na tym, że przez tę łatwość czasem nie doceniamy muzyki, bo wlatuje do nas jednym uchem i natychmiast wylatuje drugim.
Pamiętam, że kiedyś, gdy udało mi się zdobyć jakąś płytę, słuchałem jej po kilkadziesiąt razy. Nawet jeśli na początku mi się nie podobała, wracałem do niej drugi, trzeci, czwarty raz i nagle odkrywałem w niej coś nowego. Zdarzało się, że po czasie stawała się jedną z moich ulubionych. Dzisiaj dużo trudniej złapać taką zajawkę. Najczęściej słuchamy muzyki w samochodzie albo na słuchawkach, gdzieś w biegu. Dlatego uważam, że obcowanie z fizycznym wydaniem jest czymś wyjątkowym. To jest super i bardzo to lubię.
Dziękuję za rozmowę.
Fot. główne: Krystian Daszkowski