Wywiady

Kubeus – młody głos poznańskiego rapu i jego pierwsze spotkanie z winylami

Julia Cieślik
Julia Cieślik
16.09.2026

Kubeus (właśc. Kuba Mrozek) tworzy rap od ósmego roku życia, a mimo młodego wieku ma już na koncie ponad 100 koncertów w całej Polsce i występy u boku czołowych artystów rodzimej sceny. Jego muzyka znalazła się na winylu „My Name Is Poznań 3.0”, wydanym w ramach projektu My Name Is Poznań. W rozmowie Kubeus opowiada o swojej muzycznej drodze, koncertowej energii, inspiracjach oraz nowym singlu, którego premiera zaplanowana jest na 18.09.2026. Nie zabraknie oczywiście tematów związanych z czarnymi krążkami – Kubeus mówi o swoich ulubionych winylach, artystach, którzy są dla niego ważną inspiracją, oraz o marzeniu, by kiedyś własną muzykę wydać na tym wyjątkowym nośniku.

Julia Cieślik: Muszę przyznać, że wywiad na Portalu Winylowym z tak młodą osobą to coś niespotykanego i przez to bardzo ekscytującego. Można powiedzieć, że wychowywałeś się na scenie. Co właściwie zapoczątkowało tę pasję i skąd u kilkuletniego chłopca wzięła się chęć robienia rapu?

Kubeus: Wszystko zaczęło się trochę przypadkiem. W czasie pandemii spędzałem dużo czasu ze starszym bratem Piotrkiem i razem słuchaliśmy muzy. To on pokazał mi rap i wtedy mocno wkręciłem się w Taco Hemingwaya.  Dotarło do mnie, że raperzy nawijają o zwykłym życiu, prawdziwych historiach, rzeczach, o których nie każdy odważyłby się mówić. Zajarałem się tym, że w rapie można nawijać wprost o wszystkim, nawet o trudnych czy kontrowersyjnych tematach.

Pomyślałem, że też tak chcę. Nie miałem wtedy żadnego planu na karierę ani pomysłu, dokąd to wszystko zaprowadzi. Chciałem po prostu zrobić swój pierwszy kawałek. Byłem wtedy w pierwszej klasie i zrobiłem to – wtedy jeszcze trochę z pomocą mamy. Kiedy pokazałem go innym i zobaczyłem ich reakcje, a w sieci pojawiła się nawet wypowiedź samego Peji o moim kawałku, poczułem, że naprawdę może coś z tego być. I wtedy wiedziałem, że chcę więcej.

Scena pojawiła się trochę później. Zacząłem występować, poznawać ludzi i coraz bardziej czułem, że to jest moje miejsce. Można powiedzieć, że rzeczywiście wychowywałem się na niej – dorastałem razem z muzyką, nabierając doświadczenia przy każdym występie i każdym kolejnym numerze. I chyba właśnie to, że zacząłem tak wcześnie, sprawiło, że rap od początku jest dla mnie czymś bardzo naturalnym.

Jak z perspektywy czasu oceniasz swoją muzyczną dojrzałość i jak zmieniał się Twój słuch czy pośród dawnych inspiracji są płyty, do których wracasz dziś z zupełnie innym podejściem?

Myślę, że przez te kilka lat kształtowało się moje podejście do muzyki. Na początku najbardziej zwracałem uwagę na sam bit, potem wsłuchiwałem się w tekst i przekaz. Teraz zwracam uwagę na sposób nawijania i na to, jak technicznie zrobiony jest cały numer.

Jeśli chodzi o dawne inspiracje, to często wracam do płyt: „Oki & Nearr”, Bedoes & Lanek „Opowieści z Doliny Smoków”, Mata „100 dni do matury” – dzisiaj słyszę w nich dużo więcej niż kiedyś. Kiedy byłem młodszy, mogłem jarać się jednym kawałkiem, a teraz potrafię przesłuchać cały album wielokrotnie i za każdym razem wyłapać rzeczy, których wcześniej w ogóle nie zauważałem i odkrywam go na nowo. Chyba właśnie na tym polega ta dojrzałość – cały czas odkrywam, że w rapie można znaleźć za każdym odsłuchem coś nowego.

fot. Krzysztof Stawicki

Twój głos znalazł się na winylowej kompilacji „My Name Is Poznań 3.0”. Co czuje młody artysta, gdy po raz pierwszy widzi swój utwór wyryty w rowkach fizycznego, czarnego krążka?

To było wyjątkowe uczucie. Chwilę wcześniej wydałem swoją pierwszą płytę na CD, więc już wtedy fajnie było zobaczyć swoje nazwisko nie tylko w Internecie, ale też na fizycznym wydawnictwie. Winyl to jednak coś zupełnie innego. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem swój numer wydrukowany na okładce „My Name Is Poznań 3.0”, a do tego pomyślałem, że mój głos jest zapisany na czarnym krążku, poczułem naprawdę wielką dumę. Tym bardziej, że dla mnie winyl zawsze miał w sobie coś magicznego. Fajnie pomyśleć, że kawałek, który zrobiłem jako dzieciak, został w ten sposób zachowany na czarnej płycie.

Czy po tym debiucie pojawił się apetyt na więcej i własny winyl stał się priorytetem, czy traktujesz to raczej jako miły dodatek do głównych marzeń?

Tak, zdecydowanie pojawił się apetyt na więcej. Wydanie numeru na „My Name Is Poznań 3.0” pokazało mi, jak wyjątkowe jest mieć swoją muzykę na winylu. Dlatego jednym z moich największych marzeń jest wydać kiedyś własny, solowy winyl – taki, na którym od początku do końca będzie moja muzyka i moja historia. Mam nadzieję, że uda mi się to spełnić.

Gdybyś dzisiaj dostał zielone światło na wydanie autorskiego albumu na winylu, jak wyglądałoby to wydanie? Masz już w głowie konkretną wizję okładkę, kolor wosku...?

Mam już nawet pewien pomysł. Na pewno chciałbym, żeby okładka była mocno związana ze mną i z tym, o czym jest moja muzyka. Nie chciałbym, żeby była przekombinowana – bardziej coś prostego, ale z charakterem. 

Jeśli chodzi o sam winyl, to chyba poszedłbym w coś nietypowego, a nie w zwykłą czerń. Fajnie byłoby mieć jakiś kolor albo ciekawy efekt, który od razu przyciąga wzrok.

Chciałbym też, żeby całe wydanie było czymś więcej niż tylko płytą. Może jakiś plakat, książeczka ze zdjęciami albo tekstami. Tak, żeby osoba, która kupi ten winyl, miała poczucie, że dostaje coś naprawdę mojego.

W takim razie z niecierpliwością czekam aż marzenie stanie się rzeczywistością. Zastanawiam się także nad Twoim muzycznym, "domowym" życiem. Czy w zaciszu własnego pokoju słuchasz zupełnie innej muzyki niż ta, którą sam tworzysz? Przykładowo, poznański raper Słoń od lat słynie z miłości do ciężkiego metalu. Jak to wygląda u Ciebie, po co najchętniej sięgasz na co dzień?

W większości słucham po prostu rapu, dużo polskiego, ale też sporo rzeczy z Ameryki.

Lubię odkrywać eksperymentalne brzmienia, niedawno Kubi Producent wydał album „JEZU CHRYSTE KUBI” – jest na tym krążku wiele świetnych numerów w tym mój ulubiony instrumental „INTUICJA”, którym Kubi udowadnia, że potrafi stworzyć wciągającą opowieść muzyczną bez użycia słów. Serdecznie polecam każdemu i pozdro Kubi dla Ciebie! 

Jeśli chodzi o muzykę, której słucham na co dzień, to oczywiście moich idoli: Taco Hemingway, Oki, Bedoes, Otsochodzi, Hubert. Bardzo lubię też odkrywać nowych, mniej znanych artystów. Jaram się tym, kiedy trafiam na kogoś w moim wieku (tj. 14 lat – przyp. red). Słucham też moich kumpli, wymieniamy się tipami – kto dobrze nagrywa, gdzie warto wpaść na sesję, jaki producent robi fajne rzeczy. Każdy coś podrzuci, coś podpowie.

I idziesz w tym samym kierunku co Twoi idole?

Nie porównuję się do innych i nie chcę być kopią kogokolwiek. Chcę się rozwijać – słucham nowych rzeczy, próbuję nowych rozwiązań i przez to moja muzyka też się zmienia. Obserwuję, słucham i szukam własnego sposobu, żeby zrobić coś po swojemu.

Z pisaniem jest różnie. Nie potrafię usiąść i powiedzieć sobie: „Dobra, teraz mam godzinę, więc napiszę numer”. Muszę to poczuć. Czasem przez kilka tygodni nic nie przychodzi, a czasem w jeden dzień napiszę trzy kawałki. Za to nawijam praktycznie wszędzie – gdy robię kanapki, gdy zmywam naczynia, nawet przy lekcjach…

fot. Kuba Cichocki

18 września wypuszczasz nowy singiel. Zagrałeś już ponad 100 koncertów i słyszałam od znanych mi osób, że posiadasz świetne wyczucie sceniczne. Czy ten najnowszy numer pisałeś z myślą o energii na żywo i rozkołysaniu tłumu, czy to raczej bardziej osobisty, „słuchawkowy” kawałek? 

Tak, 18 września wychodzi „KBS” – ten numer zdecydowanie ma w sobie energię, którą chciałbym zobaczyć na koncertach. Wiem już, jak bardzo różni się słuchanie numeru w słuchawkach, od grania go razem z publicznością. Lubię kawałki, przy których ludzie mogą się ruszyć, krzyczeć i złapać tę samą energię co ja na scenie. Sam uwielbiam schodzić do publiki i bawić się razem z nią.

Nie piszę jednak numerów wyłącznie z myślą o koncertach. Najpierw musi mi się podobać i muszę czuć, że to jest moje. Jeśli później okazuje się, że na żywo jeszcze bardziej siada i publika dobrze na niego reaguje, to jest dla mnie najlepsza możliwa opcja.

Sam tytuł „KBS” ma też dla mnie symboliczne znaczenie – to skrót od mojej ksywki. Traktuję ten numer trochę jak wejście na kolejny level. Nadal jestem Kubeusem, ale pokazuję jego nową, dojrzalszą wersję. Chcę, żeby w moich kawałkach było coraz więcej punchline’ów, porównań, gierek słownych i przemyślanych wersów. Cały czas się rozwijam i ten numer jest dla mnie kolejnym krokiem w tym kierunku.

Na koniec chciałabym, abyś wymienił trzy płyty winylowe, które są dla Ciebie absolutnym "must-have" i które każdy miłośnik dobrego brzmienia powinien mieć na swojej półce. Co najbardziej inspiruje Kubeusa?

Po pierwsze „Era47” od Okiego. To album zdecydowanie najbliższy mojemu sercu - bardzo mocno ukształtował mnie muzycznie, ale też w pewnym sensie życiowo. Samo wydanie tej płyty było czymś wyjątkowym, bo można ją było dostać tylko podczas finałowego koncertu trasy „WE ARE ERA 47 TOUR”. Mam z tym wydarzeniem świetne wspomnienia, więc ten winyl ma dla mnie podwójną wartość.

Drugą płytą jest „Kolorowe domy” Hubert.a. Hubert mówił, że ten album jest dla niego symbolicznym powrotem do domu po długiej i męczącej trasie koncertowej. Dla mnie jest trochę takim powrotem do jednych wakacji, kiedy słuchałem jej praktycznie non stop. 

Z Hubertem mam zresztą super kontakt. Poznaliśmy się na wspólnym koncercie, kiedy grałem przed nim support. Pogadaliśmy trochę i naprawdę fajne było to, że mimo różnicy wieku i doświadczenia podszedł do mnie totalnie normalnie i traktował mnie jak równego sobie. Od tamtej pory co jakiś czas piszemy do siebie na Instagramie. Wielki szacun i shoutout dla niego!

No i trzecia płyta…tutaj możesz się trochę zdziwić, bo nie ma nic wspólnego z rapem. Za to mam z nią świetną historię. Kiedy miałem jakieś 7 lat, pojechałem z rodziną w góry i na te kilka godzin w aucie brat Piotrek odpalił mi w sieci album „The Amazing New Electronic Pop Sound” of Jean Jacques Perrey. 

To jest taka mieszanka elektroniki, popu i totalnie kosmicznych brzmień. Mega pozytywny, trochę odklejony klimat. To album z 1968 roku! Czytałem, że utwory z niego były często samplowane przez nowoczesnych artystów, między innymi przez hip-hopową grupę Gang Starr. Sam styl Perreya stał się też inspiracją dla twórców muzyki do pierwszych gier wideo. 

Nie mam tego winyla, bardzo mi się marzy. Jest ciężko dostępny, ale może kiedyś uda mi się go dorwać. Na razie polecam każdemu po prostu odpalić ten album, choćby na streamingach.

Dziękuję za rozmowę.

fot. Krzysztof Stawicki

Jedyny polski portal o płytach winylowych. W sieci już od ponad 10 lat (wcześniej Psychosonda)

Dane kontaktowe

Redakcja Portalu Winylowego
(biuro e-words)
al. Armii Krajowej 220/P03
43-316 Bielsko-Biała

© 2026 Portal Winylowy. All rights reserved.