Małgorzata Potocka mogłaby śmiało uchodzić za najbardziej rockową polską aktorkę. O jej dokonaniach w świecie filmu wiadomo wiele – jest laureatką Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego, została również wyróżniona za role w Teatrze Telewizji. Biografia artystki skrywa jednak także bogatą historię muzyczną – od rodzinnego domu, w którym bywali najwięksi polscy jazzmani, przez związek i współpracę z Grzegorzem Ciechowskim aż po trwającą do dziś winylową pasję. Podczas tegorocznego Festiwalu w Jarocinie otworzyła wystawę swoich niepublikowanych dotąd zdjęć Obywatela G.C. W rozmowie z Portalem Winylowym opowiada o muzyce, która towarzyszyła jej od dzieciństwa, artystach, których spotykała na swojej drodze, i o niezwykłych pamiątkach, skrywanych przez lata w pudłach i walizkach.
Jakub Krzyżański: Aktorstwo i sztuka były obecne w pani życiu właściwie od zawsze. Wychowywała się pani na planie filmowym, na ekranie zadebiutowała jako mała dziewczynka, a niedługo potem ojciec zorganizował pani pierwszą wystawę fotograficzną. Czy w tym artystycznym domu wybrzmiewała również muzyka?
Małgorzata Potocka: Tak, już jako dziecko wypełniałam sobie biust skarpetkami taty, zakładałam szpilki mamy i śpiewałam do lokówki piosenki Violetty Villas. Wszyscy mi mówili, że mam obłędny głos, a ja po prostu darłam się nieprzytomnie. Ale w moim domu królował przede wszystkim jazz. Tata wprowadził mnie do tej muzyki i razem słuchaliśmy Armstronga, Elli Fitzgerald i Coltrane’a. Potem, przez jakąś chwilę, pracował w Berlinie Zachodnim i stamtąd przywiózł kolekcję niesamowitych płyt jazzowych. A później, kiedy już byłam nastolatką, nauczył mnie, żeby nie słuchać Beatlesów, tylko Rolling Stonesów i takiego mocniejszego uderzenia. Tata był scenografem i pamiętam, że zawsze siedział przed pulpitem, w wielkich słuchawkach na uszach, i rysował. No a potem ja dostałam swoje słuchawki i potrafiliśmy razem szaleć w domu. Nikt tego nie słyszał, ale my, na słuchawkach, mieliśmy po prostu mega fantastycznego rocka.
W którym momencie zaczęła pani sama kolekcjonować muzykę, zamiast tylko słuchać płyt ojca?
To się zadziało bardzo szybko. Znajomi rodziców zauważyli, że córka też uwielbia muzykę, tak jak ojciec. Na początku dostałam w prezencie dużo fajnych płyt, ale potem już sama, wszędzie i notorycznie je kupowałam. Miałam to szczęście, że w tamtych czasach zawodowo dużo jeździłam za granicę, w związku z czym miałam dostęp do najnowszej, światowej muzyki.
Po roli u Andrzeja Wajdy we „Wszystko na sprzedaż” na dobre weszła Pani w aktorskie środowisko. Czy w tamtym czasie, na przełomie lat 60. i 70., świat filmu i świat muzyki wzajemnie się przenikały?
Jak najbardziej. Myślę, że wystarczy przyjrzeć się ścieżkom dźwiękowym filmów z tamtego okresu. Już nie wspomnę o Komedzie, Kilarze – były komponowane przecież przez całą plejadę fantastycznych muzyków, często jazzowych. Dzisiaj z tą muzyką filmową bywa różnie, ale wtedy powstawały po prostu majstersztyki.
Mieliśmy ogromne mieszkanie w Łodzi, przy ulicy Narutowicza, i właściwie cały czas ktoś się tam pojawiał. Spotykali się u nas wszyscy – nie tylko malarze, ale właśnie muzycy. Myślę, że to tata w jakiś sposób rozkręcił te znajomości i stworzył niezwykłą atmosferę domu, do którego ludzie chętnie przychodzili. Mieliśmy wielkiego Steinwaya, na którym grywał na przykład Mieczysław Kosz albo Adam Makowicz. Był jeszcze wtedy w Polsce Urbaniak, był młody Stańko. Bardzo często zaglądał także Wojtek Trzciński i też grał na fortepianie. Do dziś nie mogę znaleźć tej fotografii, a szkoda, bo jest cudna. Widać na niej mnie – prawie jeszcze niemowlaka, takiego małego dzieciaka siedzącego pod fortepianem. A na fortepianie kieliszek wódki, obok dwóch panów: tata i Wojtek, palący papierosy. To był naprawdę niesamowity świat.
Podobna atmosfera panowała w Galerii Wymiany, którą pod koniec lat 70. założyła pani ze swoim ówczesnym mężem, Józefem Robakowskim?
Tak, ale tam już byliśmy ukierunkowani w stronę sztuki. W związku z tym słuchaliśmy innej muzyki – awangardowej, punkowej. Uwielbialiśmy Ninę Hagen, zresztą po latach zaprzyjaźniliśmy się z nią. Tam też odbywały się niesamowite, twórcze spotkania.
Z Grzegorzem Ciechowskim na planie filmu pt. „Cyrk odjeżdża” (reż. Krzysztof Wierzbiański)
Czyli muzyka była obecna w pani życiu na długo przed poznaniem Grzegorza Ciechowskiego. Jak więc doszło do tego, że po raz pierwszy zetknęła się pani z nim i z twórczością Republiki?
Kiedy Grzegorz pojawił się w moim życiu, byłam już, jeśli chodzi o historię sztuki, muzyki, ale też o tę muzykę współczesną, w miarę ukształtowana. Miałam swój gust, swoje upodobania i dość jasno wiedziałam, czego szukam. Jeszcze nie znałam Grzegorza, kiedy mój pierwszy mąż przyniósł mi kasetę Republiki. Kończyłam wtedy drugi kierunek – reżyserię – i potrzebowałam muzyki do filmu dyplomowego, więc zaczęłam jej słuchać. Pamiętam, że nie interesowałam się jakoś specjalnie polską muzyką, chociaż oczywiście znałam łódzkie zespoły – Moskwę i inne. Byli świetni, ale nie sięgałam po tę twórczość zbyt często. A Republika po prostu mnie zachwyciła. Pomyślałam od razu, że to jest idealna ścieżka dźwiękowa do mojego filmu.
W latach osiemdziesiątych stworzyliście z Ciechowskim nie tylko związek, ale również twórczy tandem. Jakie nowe możliwości artystycznego wyrazu dała pani ta relacja?
Przede wszystkim zaangażowałam się w realizację koncertów. To były właściwie wielkie muzyczne przedstawienia. Grzegorz zajmował się muzyką, a ja po raz pierwszy zaczęłam przekładać ją na tak duże formy wizualne. Ponieważ jestem reżyserką, wiedziałam, jakiej techniki i jakiego światła potrzebuję. Pamiętam, że używałam wtedy filmów Zbigniewa Rybczyńskiego. W ogóle sytuacja była zupełnie inna, nikt nie myślał, że to piractwo i właściwie wszystko było dozwolone. Pamiętam więc, że wykorzystywałam fragmenty filmów i podczas koncertu wyświetlałam je na wielkich ekranach. Można powiedzieć, że to były zachowania pionierskie, bo nikt jeszcze w Polsce czegoś takiego nie robił. Miałam zresztą ogromne wsparcie kolegów filmowców. Kiedy jechałam na przykład na koncert Republiki, potrafiłam wynająć dwie ciężarówki sprzętu oświetleniowego i jeszcze jedną z projektorem, który umożliwiał tylne czy przednie projekcje na wielkich ekranach ustawionych na scenie. Dzisiaj robi to pendrive, a wtedy potrzebne były do tego trzy ciężarówki.
Lata osiemdziesiąte to również era teledysków. W tej dziedzinie też ma pani duże osiągnięcia.
Nazwano mnie Matką polskiego teledysku po tym, jak zrealizowałam „Nie pytaj o Polskę”. Zresztą historia tego wideoklipu jest naprawdę niezwykła. Najpierw byliśmy – a właściwie głównie Grzegorz był – w cenzurze z powodu tekstu. I w pewnym momencie powiedział do cenzora: „Proszę pana, jeśli pan jest poetą, to chylę czoła. Ale powiem panu, że jednak pan nie jest poetą, więc może pan zostawi poecie jego przestrzeń, a poeta będzie decydował, jak wygląda JEGO wiersz”. To było fajne.
A potem nakręciłam ten teledysk w Warszawie, w takiej kamienicy, która nazywała się Pekin. Można powiedzieć, że mieszkało tam sporo szemranego towarzystwa. Zresztą Praga była wtedy jednak troszeczkę bardziej niebezpiecznym miejscem niż teraz. Nakręciłam wszystko na podwórku, a wystąpili właściwie wszyscy mieszkańcy tego Pekinu. I ten teledysk tak wzburzył cenzurę, że powiedzieli mi: „Czy pani zwariowała? Jak to: »Nie pytaj o Polskę«? Przecież pani ośmiesza tę Polskę! Pani pluje na Polskę! Jak można coś takiego zrobić?!”. No i oczywiście nie zaakceptowali go i zabronili emisji. A wtedy w telewizji były jeszcze specjalne programy, w których pokazywano teledyski, fragmenty koncertów i w ogóle muzykę młodzieżową. Dzisiaj tego już właściwie nie ma, ale w tamtych czasach jednak to była ważna przestrzeń do promocji. A myśmy akurat byli zaproszeni do Cannes na targi MIDEM. I ja ten teledysk, który był nakręcony kamerami 35 mm, po prostu pocięłam w paski, ponumerowałam, włożyłam do różnych kieszeni i saszetek i zawiozłam do Paryża. Mieliśmy tam przyjaciół, którzy prowadzili wielkie studio filmowe. Byli to zresztą rodzice sławnej malarki, odnoszącej dziś wielkie sukcesy, Apolonii Sokol. Pojechałam najpierw do nich i tam posklejałam wszystkie kawałki taśmy. Potem przenieśliśmy materiał na Betacam, bo takie były wtedy formaty. I wreszcie wzięłam tę sklejoną taśmę z gotowym teledyskiem pod pachę i pojechałam do Cannes. Tam go pokazali, dostaliśmy nagrodę, a chwilę później trafił do MTV. Jako pierwszy teledysk zza żelaznej kurtyny! W tej sytuacji cenzorzy musieli odpuścić i zgodzili się na emisję.
W latach osiemdziesiątych przez pewien czas mieszkała pani także w USA. Jak odebrała pani tamtejszą popkulturę i rynek muzyczny?
W Ameryce byłam jeszcze zanim poznałam Grzegorza, w 1985 roku. Otrzymałam stypendium Film Workshop Millenium w Nowym Jorku. Wsiąkłam więc w Soho i w klub CBGB. Tam po raz pierwszy zobaczyłam na żywo Laurie Anderson i Madonnę. W CBGB cały czas odbywały się przeglądy młodych amerykańskich zespołów. Mieszkałam niedaleko, na Trzeciej Ulicy w Soho, więc właściwie cały czas tam siedziałam. Któregoś dnia na scenę wyszła Madonna. Wyglądała po prostu masakrycznie – w jakichś skarpeteczkach, sandałeczkach i ohydnej sukieneczce. Zaśpiewała „Material Girl”. Pamiętam, że użyłam wtedy mocnych słów, ale powiedziałam do koleżanki: „Słuchaj, ta wieśniaczka za chwilę podbije Amerykę!”. Ja to po prostu wyczułam. Wcześniej na scenie była Laurie Anderson – sophisticated, na najwyższym poziomie, niesamowita. Ale Madonna od początku miała w sobie coś zupełnie innego – bezwzględne parcie na sukces. Pomyślałam wtedy, że ma odsłonięte kły i zaraz wszystkich zeżre. I tak się stało. Chylę czoła za to, jak poprowadziła swoją karierę.
Zespoły, które wtedy oglądałam, były dla mnie na takim poziomie, że pomyślałam: kurczę blade, u nas są jakieś przeglądy piosenki takiej, siakiej, Kołobrzegi, jakaś scena młodych itd... A tam nagle zobaczyłam ludzi, którzy mają zupełnie inną świadomość muzyki. Pomyślałam, że przecież u nas nie ma ani jednego tak przygotowanego zespołu. I właśnie dlatego tak wielkie wrażenie zrobiła na mnie później Republika. Kiedy wróciłam z Ameryki i jej posłuchałam, nagle zobaczyłam chłopaka, który miał to coś – świadomość dźwięku, przestrzeni, używania instrumentów. To nie było tak, że wszyscy napierniczają jednocześnie na wszystkich instrumentach. Tam coś się kończyło, coś zaczynało. Była jakaś opowieść, zupełnie jak w filmie fabularnym. Wszystko się działo, rozwijało, miało swój rytm. To było fantastyczne odkrycie.
Ale przed powrotem do Polski była Pani świadkiem próby podbicia USA przez Lady Pank. Jak doszło do Waszego spotkania?
Wspomniany już Zbigniew Rybczyński, mój przyjaciel, który, notabene, dostał Oscara za film „Tango”, mieszkał wtedy w Hoboken. Podczas mojego stypendium często do niego jeździłam. W pewnym momencie Lady Pank miało występy w Nowym Jorku i ktoś zaproponował Rybczyńskiemu, żeby zrobił im teledysk, a on się zgodził. Chodziło o anglojęzyczną wersję „Mniej niż zero”, czyli „Minus Zero”. Zresztą budżet na klip też był raczej minus zero. W teledysku miał pojawić się czołg, więc wymyśliłam, że znajdę kostium i zagram taką japońską, walczącą rewolucjonistkę. Ubrałam się w mundur i na tym czołgu wyprawiałam różnego rodzaju wariactwa i akrobacje. Swoją drogą, niedawno znalazłam zdjęcia z planu i wysłałam je Borysewiczowi. Myślę, że zrobiłam mu tym wielką przyjemność.
Jak Pani oceniała ich szansę na zagraniczną karierę? Mieli parcie na sukces, tak jak Madonna?
W ogóle się w to nie zagłębiałam, nawet nie myślałam wtedy, że stoi przed nimi taka szansa. Nie wiem, czy mieli amerykańskiego menadżera ani kto ich promował. Nie wiem też, na jakim poziomie znali angielski i jak się zachowywali. Bo wejście na amerykański rynek i konkurowanie tam z innymi to zupełnie inna historia. Nie można być w Ameryce rozkojarzonym czy nieobudzonym. Tam naprawdę jest wyścig szczurów – zawsze tak było. Trzeba spełnić całą masę warunków, a podejrzewam, że dla polskiego zespołu wtedy wcale nie było to łatwe. Ale wiem jedno: gdyby Borysewicz został tam sam, to podejrzewam, odniósłby wielki sukces i byłby wziętym gitarzystą.
Z innych muzycznych ciekawostek, podobno Ciechowski przymierzał się do tego, żeby wyprodukować płytę Violetty Villas?
No tak. Nawet do nas przyjechała, żeby o tym porozmawiać. W pewnym momencie powiedziała, że to bezbożny dom, bo nigdzie nie było krzyża. Wtedy nam się przypomniało, że mamy w garażu schowane dwa święte obrazy, które przywieźliśmy kiedyś z Kazimierza, ocalone z pożaru jakiegoś mijanego domu. Zajrzeliśmy z ciekawości na to pogorzelisko i natychmiast je zabrałam. Więc kiedy Violetta powiedziała, że nie ma u nas krzyża, Grzegorz poleciał, wręcz pocwałował po te obrazy. Wbił wielki gwóźdź i powiesił jeden z nich. Oczywiście zaczęliśmy się tłumaczyć, że dom jest jeszcze nieurządzony, że wszystkie rzeczy są pochowane w paczkach i że mamy bardzo dużo krzyży. No, tłumaczyliśmy się na wszystkie możliwe sposoby. Ona wtedy siedziała u nas chyba cały dzień i całą noc. Myśmy byli już wykończeni tą wizytą, a Violetta tylko piła koniak. W pewnym momencie kompletnie wysiadła, a wtedy Grzegorz wziął mnie na stronę i powiedział: „Ja widzę, że tu nic się nie da zrobić”. Ona była tą propozycją współpracy po prostu przerażona. Nie czuła tego, nie rozumiała pomysłów Grzegorza. One były dla niej zupełnie niepojęte.
A jak właściwie wyglądały współprace Ciechowskiego z innymi artystami?
Grzegorz był wizjonerem, miał w głowie świetne rozwiązania, ale niestety nie czytał nut. W związku z tym nie zawsze potrafił wyrazić, o co mu chodzi. Pamiętam, jak na przykład nagrywał płytę dla Mony Mur. To był album „Warsaw” – absolutnie zresztą niewiarygodny. W orkiestracji pomagał mu Borys Somerschaf, bo pomysł był taki, żeby zrobić coś nieoczywistego i zaangażować całą orkiestrę. Mona Mur swoim głosem Marleny Dietrich tworzyła niezwykłą aurę i trzeba jej było nadać odpowiednią oprawę. Pamiętam, że orkiestra Filharmonii Warszawskiej generalnie bardzo gładko porozumiewała się z Grzegorzem. Ale był jeden główny skrzypek, który do niego podszedł i mówi: „Wie pan, dla mnie w tym utworze to jest trochę niejasne. Czy może mi pan powiedzieć, jak mam to zagrać?”. A Grzegorz tak patrzy na niego, patrzy i nagle odpowiada: „Musi pan po prostu zapierdalać!”. A skrzypek: „Aaa… rozumiem”. I zapierdalał (śmiech).
W waszym domu oraz na płytach Obywatela G.C. pojawiało się też wiele innych osobistości. Jak dochodziło do tych spotkań?
Często działo się to za moją namową i z moim udziałem. Kiedy Republika się rozpadła, oczywiście pojawiło się jakieś napięcie. Ale przecież wielu muzyków – czy Sting, czy ktokolwiek inny – ma swój zespół, a jednocześnie chce nagrać własną płytę, zrobić coś indywidualnego i wejść w inną konwencję. Dlatego wcale nie było dziwne, że Grzegorz chciał spróbować własnych sił. Pomagałam mu, jak tylko mogłam. Pytałam, z kim chciałby zagrać. A on powiedział na przykład, że ze Ścierańskim. „Świetnie” – mówię – „Znam go, już do niego dzwonię”. Albo ze Stańką. – „Nie ma problemu, jego też dobrze znam”. I tak to się potoczyło. Niezwykła historia wydarzyła się przy okazji gościnnego udziału Michała Urbaniaka na debiutanckiej płycie Obywatela G.C.
Proszę opowiedzieć.
To był pierwszy przyjazd Urbaniaka do Polski po siedemnastu latach. Akurat siedzieliśmy w studiu S-4 i powiedziałam do Grzegorza: „Jadę na lotnisko po Urbaniaka. Zrobię wszystko, żeby przyjechał tutaj i zagrał solówkę na płycie”. Na co on: „To się nie uda”. – „Co się, kurwa, nie uda?”. – „No nie uda”. Ale pojechałam swoim małym Fiatem. Pamiętam, że miałam ze sobą radzieckiego szampana, Igristoje. Na Okęciu czekał już chyba milion dziennikarzy, ale ja zadzwoniłam wcześniej do niego i mówię: „Michał, ja wiem, że jak oni cię złapią, jak cię zabiorą do knajpy i upiją, to my leżymy. Skoro przyjechałeś do Polski po tylu latach, to musisz przeżyć coś niebywałego. To nie może być po prostu knajpa, koledzy i plotki. Musisz od razu wejść do studia i zagrać. A potem niech się dzieje, co chce”. Umówiliśmy się, że wyjdzie drzwiami dla VIP-ów. Przechwyciłam go, wcisnęłam do tego małego Fiata, otworzyliśmy szampana i – aż wstyd powiedzieć – chyba jeszcze piliśmy go po drodze, przykryci tymi wszystkimi bambetlami. Ale dojechaliśmy. W studiu Grzegorz i Rafał Paczkowski zdębieli na nasz widok. A Urbaniak usiadł, wysłuchał tego, co było już nagrane i pyta mnie: „Ale co ja mam zagrać?”. Ja na to: „A co czujesz?”. On mówi: „No, płakać mi się chce”. – „No to płacz. Graj i płacz!”. I on grał i płakał. To było niesamowite.
Przez wiele lat nie wracała pani do tych wspomnień. Co sprawiło, że teraz zdecydowała się pani nimi podzielić?
Wie pan, ja po prostu zamknęłam drzwi do historii naszego związku. Zamknęłam je, bo nie chcę już wspominania, rozdrapywania tego wszystkiego. Przez wiele lat czułam ból, ale pewnego dnia po prostu mi to wywietrzało. Nie czuję już nic. Tylko że przez te wszystkie lata nie zaglądałam do zdjęć, nie zaglądałam do walizek, nie otwierałam pudeł. Wszystko było zamknięte. Aż nagle zaczęło do mnie dzwonić tysiąc osób, bo zbliżało się dwudziestopięciolecie śmierci Grzegorza. To jest dla mnie zresztą szokujące – minęło dwadzieścia pięć lat. Nie wiem, jak to się stało. I wszyscy zaczęli mówić: „Otwórz pudła, otwórz walizki. Wyjmij te zdjęcia, wyjmij negatywy”. No i się zaczęło. Moja córka Weronika mnie w tym wszystkim wspierała, bo kiedyś jej powiedziałam: „Nie otwieram tego, to wszystko jest twoje!”, ale kazała otworzyć i zabrać się do roboty. Gigantycznej roboty!
Okazało się, że mam naprawdę niesamowite archiwum. Ponad 400 zdjęć Grzegorza oraz innych muzyków. Fotografowałam wszystkich podczas pracy nad płytą „Tak Tak!”, do której robiłam też okładkę. Właśnie z tego skleciliśmy wystawę „Obywatel G.C. sesja” podczas Festiwalu w Jarocinie. Ale oczywiście tego materiału jest o wiele więcej. ZPR-y wydają w listopadzie, na rocznicę, winylową płytę „Tak Tak!”. Poprosili mnie, żebym dała im do tego wydania dwadzieścia zdjęć, których nigdy wcześniej nie publikowałam. Oczywiście ich nie pokażę aż do premiery płyty. Dopiero wtedy ujrzą światło dzienne. A teraz jeszcze namawiam ZPR-y, żeby przy tej okazji wynajęli miejsce – CSW, Zachętę albo Muzeum Sztuki Nowoczesnej – i zrobili jeszcze większą wystawę. Bo to są fotografie, których w większości właściwie nigdy jeszcze nie publikowano.
Zdjęcia i negatywy to świetne pamiątki. A czy są z panią jeszcze płyty, kolekcjonowane przez te wszystkie lata?
Niestety tylko część z nich. Około sześćset winyli mi ukradziono.
Jak to?!
Tak, podczas jednej z moich przeprowadzek. Wszystko było wtedy popakowane w kartony i kilka z nich nie dotarło do nowego domu. Ale zachowało się sporo jazzu, cała kolekcja płyt Yello, Rity Mitsouko, The Telephones, no i oczywiście The Rolling Stones, Aerosmith itd. Dużo świetnych tytułów.
Po tylu dekadach słuchania muzyki i spotykania artystów jest jeszcze ktoś, kto potrafi panią naprawdę zachwycić?
Jak byłam w Jarocinie, to pierwszy raz od wielu lat usłyszałam Acid Drinkers. Wymiękłam po prostu! Zrobili rewelacyjny koncert, naprawdę. To jest kapela na absolutnie światowym poziomie. Świetnie wypadła również Anja Orthodox. A jeśli chodzi o młode zespoły, których ostatnio słucham, to uwielbiam Disclosure. Byłam nawet na ich koncercie w Madison Square Garden z Weroniką. Potem występowali też w Warszawie, na Torwarze. To jeden z moich ulubionych współczesnych zespołów.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Małgorzaty Potockiej.