Wywiady

Maryla Rodowicz: Każda nowa płyta to wielkie emocje

Jakub Krzyżański
Jakub Krzyżański
14.01.2026

Maryla Rodowicz odświeża swoje przeboje dzięki młodym artystom. Ikona polskiej muzyki promuje właśnie najnowszą płytę „Niech żyje bal” (wyd. Warner Music Poland), na którą złożyły się duety z przedstawicielami współczesnej sceny popowej, m.in. bryską, Lanberry, Mrozem i Dawidem Kwiatkowskim. 19 grudnia 2025 roku ukazała się specjalna, winylowa edycja albumu. Pytamy artystkę, jak przebiegała praca nad tym materiałem, a także o jej osobisty stosunek do winyli.

Jakub Krzyżański: „Niech żyje bal” to 25. album w Pani dyskografii. Czy mając tak ogromny dorobek i tyle sukcesów na koncie, wydanie kolejnej płyty nadal jest dla Pani ekscytujące?

Maryla Rodowicz: Oczywiście, że tak. W życiu artysty nie ma ciągłego pasma sukcesów, tylko sinusoida – góra-dół, góra-dół, dlatego każda nowa płyta to wielkie emocje. Cieszę się też, że wyjdzie winyl, dlatego że ten nośnik zniknął na początku lat dziewięćdziesiątych, a teraz znów jest na niego szał i każdy chce mieć czarną płytę.

A czy w Pani domu też jest – że przytoczę tekst piosenki „To już było” – na regale kolekcja płyt?

Już nie. Kiedyś miałam dosyć sporo winyli, w tym niesamowite perełki z lat siedemdziesiątych! Ale jak moje dzieci pokupowały sobie gramofony, to mi tę kolekcję rozdrapały i podzieliły między siebie. Teraz to one cieszą się ich brzmieniem i rzeczywiście wiedzą, jaka to jest uczta dla ducha i ciała. A przy okazji szydzą ze mnie, bo mają dużo lepsze sprzęty grające od mojego.

Co takiego Pani posiadała wśród tych perełek?

Miałam wiele płyt przywiezionych zza granicy. Wśród nich oczywiście Bob Dylan, który mnie bardzo inspirował na początku kariery. Ale pamiętam też album „Tapestry” Carole King. Kiedy młodszy syn przeglądał te moje zbiory, pokazałam mu ten winyl i powiedziałam: „Koniecznie tego posłuchaj”. „A kto to jest Carole King?” – zapytał. ”Synku, to ty nie wiesz?!”. Ale wziął i oczywiście teraz jest zakochany w tej płycie. Wtedy wszyscy cenili i polowali na zachodnie płyty, bo z tymi krajowymi różnie bywało, jeżeli chodzi o jakość.

No właśnie, płyty winylowe były podstawowym nośnikiem przez pierwsze 20 lat Pani kariery. Ma Pani jakieś ciekawe wspomnienia związane z ich wydawaniem?

Pamiętam 1991 rok, kiedy nagrałam płytę „Absolutnie nic”. Tytuł pochodził od piosenki Stasia Sojki, którą zaśpiewałam w swojej wersji. Na tej płycie zresztą było sporo utworów innych artystów, np. Grzesia Turnaua, Eli Adamiak albo Andrzeja Sikorowskiego. Na rynek nie weszło jeszcze tyle firm fonograficznych, więc poszłam z gotowym materiałem do Polskich Nagrań, o których nie wiedziałam, że są w fazie likwidacji. Zapytałam wtedy, czy wydadzą mi winyl i CD – pierwszy w karierze. Owszem, wydali, ale ponieważ to szybko zniknęło ze sklepów, to poszłam drugi raz zapytać, czy będzie dodruk. Wtedy taki urzędnik, który mnie po prostu nie cierpiał, wstał zza biurka i powiedział: „Czy pani sobie wyobraża, że pani jest w latach siedemdziesiątych? I że pani wszystko wolno?!”. Ale co wolno? Nawet nie wiedziałam, o co mu chodzi. No i nie zrobili dodruku. Wtedy na wiele lat przestałam wydawać płyty winylowe, ale jak w 2013 roku współpracowałam z Universalem, to oni postanowili wznowić całą moją dyskografię, również na winylach. Do tego doszły jeszcze wszystkie moje nieopublikowane utwory z archiwum Polskiego Radia, które nazwali „Rarytasy”.

Pamiętam te reedycje, niewielu polskich artystów ma tak uporządkowany dorobek jak Pani. A teraz te wszystkie ukochane piosenki oddała Pani w ręce młodych nie wiedząc, co z nimi zrobią. Nie było żadnych obaw?

Oczywiście, że były! Zwłaszcza przy pierwszym utworze „Sing Sing”, który nagrałam z Mrozem. Wiedziałam, kim jest Mrozu, wiedziałam, że fantastycznie śpiewa i ma super produkcje muzyczne, ale mimo to myślałam: Boże, a jak on mi zepsuje ten numer? Pamiętam, że gdy spotkaliśmy się w studio, był bardzo zasadniczy i skoncentrowany. Na przykład mówił mi, jak mam frazować, a czego w ogóle nie śpiewać. Powiedział: „Zarezerwowałem dla siebie ten zaśpiew sing-sing”. Ja mówię, że przecież to jest mój zaśpiew, na co on: „A teraz będzie mój!”. No i musiałam to jakoś przełknąć, ale jak usłyszałam końcowy efekt, to byłam zachwycona. Mrozu to jest jednak świetny muzyk, czuje bluesa.

A jak w ogóle wyglądało nawiązanie współpracy z poszczególnymi artystami?

To była cała zaplanowana akcja. Spotkałam się z moim managementem w Hotelu Bristol, gdzie w jednej z sal stał taki duży stół. Oni mi dali czerwony papier, złoty flamaster, czerwone koperty i sporządziliśmy listę artystów, z którymi chciałabym nagrać taką płytę. Do każdego osobiście napisałam zaproszenie tym złotym flamastrem na czerwonym papierze. Pamiętam, że pierwszy odpowiedział Krzysiek Zalewski, z którym minęłam się podczas grania na Juwenaliach w Rzeszowie. Ja występowałam po nim i już czekałam za kulisami, a on schodząc ze sceny podał mi list, w którym napisał, że z wielką przyjemnością nagra ze mną duet. Dopisał jeszcze, że jestem dowodem na to, że można w Polsce mieć taką długą karierę. Potem okazało się, że wszyscy, do których wysłałam zaproszenia, byli chętni na współpracę, ale cały proces przygotowywania płyty trwał w sumie dwa lata.

Kto dokonywał wyboru piosenek?

Wszystko wybierali artyści i w dodatku sami produkowali swoje nagrania.

Pamiętam, że kilkanaście lat temu, podczas Sylwestra, śpiewała Pani duet z Dodą. Ona też mogła wtedy sama wybrać dowolną piosenkę z Pani repertuaru i ponoć bardzo Pani zaimponowała wyborem „Polskiej Madonny”. Czy tym razem któryś z artystów także Panią pozytywnie zaskoczył swoim gustem?

Wtedy z Dodą faktycznie nie sądziłam, że wybierze taki utwór. Mówię: „Doda, co ty, Sylwester, a ty chcesz śpiewać Polską Madonnę?”. A ona, że tak, że zrobimy wejście smoka, ustawimy chór i ten wstęp Madonno, Polska Madonno, Panno z dzieckiem mów zaśpiewamy razem. Mieliśmy zrobić wrażenie, ale wtedy panowały trudne warunki, było strasznie zimno, wiał wiatr, a scenograf wymyślił sobie scenę bez boków. Myśmy wszyscy – ja, Doda i ten chór – mieli peleryny z kapturem i od razu na wejściu, jak dmuchnął wiatr, to nam te peleryny zarzuciło na głowy i nic żeśmy nie widzieli. Takie tam były przeboje.

A czy tym razem ktoś mnie szczególnie zaskoczył? Może Dawid Kwiatkowski, który wybrał „Wielką wodę”. Początkowo byłam przerażona, że to takie kameralne, i że zaczyna się to graniem jednym palcem na fortepianie. Powiedziałam: „Dawidku, ale może dać tu jakiś power, bębny?”, a on mówi, że nie nie, to tak ma być. Potem, jak już nagranie było gotowe i usłyszałam wejście tych smyków, to sama się wzruszyłam. Roxy Węgiel też mnie zaskoczyła, gdy siedziałam z nią w studio i nagrywałyśmy „Damą być”. W pewnym momencie pytam: „No dobrze, a gdzie jest druga część utworu?”, na co ona, że nie ma, że teraz jest taka moda, że wszystko się skraca. To też była dla mnie nowość.

A czy z którymś z artystów wytworzyła się na tyle mocna nić porozumienia, że np. chciałaby Pani poprosić go o napisanie dla siebie zupełnie nowej, premierowej piosenki?

Myślę, że z każdym chętnie coś bym jeszcze wymyśliła. Na przykład z Ralphem Kaminskim. Gdy przysłał mi propozycję swojej produkcji utworu „Nie ma jak pompa”, to powiedziałam: „Ralfiku, a może jakieś bity?”, a on na to: „Jakie bity?”. No to mu tłumaczę, że to wszystko jest takie po bożemu, jeden do jeden odtworzone z oryginalnej wersji. No więc mi odpowiedział, że tak ma być, bo on taki jest – z lat siedemdziesiątych. Stara dusza. Dla mnie to była trudność, bo sama dzisiaj już zupełnie inaczej śpiewam ten utwór, a dzięki niemu musiałam wrócić do dawnego stylu.

Z tego, co słyszę, jest Pani bardzo otwarta na nowe aranże i nie ma Pani problemu ze śpiewaniem swoich piosenek inaczej niż czterdzieści lat temu. Ale jest przecież publiczność, która ma sentyment do starych nagrań i uważa tak wielkie piosenki jak „Niech żyje bal” czy „To już było” za nietykalne. Nie bała się Pani, że słuchacze odrzucą niektóre z nowych wersji?

No tak, ale jednak nowy „Bal” już ma półtora miliona odsłon, a minął zaledwie tydzień od premiery. Utwór bije wszelkie rekordy w tych Spotify'ach i YouTube'ach i to jest dowód na to, że produkcja Bartka Królika, choć momentami odbiega bardzo od oryginału, jest bardzo smaczna. Mam naprawdę wielki podziw do Bartka za to, co zrobił, a jak jeszcze Igor Herbut ryknął refren, to już naprawdę wyszło wspaniale. „Wielka woda”, choć zupełnie inna od pierwszej wersji, też brzmi świetnie dzięki produkcji Dawida Kwiatkowskiego i Hotelu Torino. Dla mnie Hotel Torino to jest w tej chwili producent numer jeden w Polsce.

Czy winylowa edycja albumu różni się od CD?

Płyta winylowa ma tę samą zawartość jeśli chodzi o muzykę, co CD. Jest natomiast atrakcyjniejsza wizualnie – ale to ocena osobista.

Bardzo dziękuję za rozmowę i gratuluję albumu!

fot. materiały promocyjne Warner Music Poland

Jedyny polski portal o płytach winylowych. W sieci już od ponad 10 lat (wcześniej Psychosonda)

Dane kontaktowe

Redakcja Portalu Winylowego
(biuro e-words)
al. Armii Krajowej 220/P03
43-316 Bielsko-Biała

© 2026 Portal Winylowy. All rights reserved.