„Czy to na pewno debiutantka?” – zadałem sobie pytanie już w połowie strony A. „Be Sweet to Me”, pierwszy album Violet Grohl, brzmi bowiem zaskakująco dojrzale. Dwudziestoletnia wokalistka sprawia wrażenie artystki świadomej swoich mocnych stron i kierunku, w którym chce rozwijać swoją muzykę.
Trudno mówić o „Be Sweet to Me”, nie wspominając o korzeniach Violet Grohl. Powszechnie wiadomo, że jest ona córką Dave’a Grohla, lidera Foo Fighters, a wcześniej perkusisty Nirvany. Taki rodzic to gwarancja nie tylko gruntownej muzycznej edukacji, ale również – co tu dużo mówić – łatwiejszego startu w karierze. I choć wśród autorów oraz producentów albumu pojawia się kilka różnych nazwisk, zarzuty o nepotyzm wydają się w tym przypadku przesadzone. W końcu nawet sławny tatuś nie jest w stanie załatwić dziecku dobrego głosu i charyzmy. A Violet żadnej z tych rzeczy nie brakuje.
„Be Sweet to Me” to w gruncie rzeczy mocny, solidnie napisany materiał, który daje odbiorcy jasny i konkretny obraz nowej gwiazdy alternatywy. Nie ma tu miejsca na stylistyczne błądzenie – piosenki są dopracowane pod względem melodii i struktury (momentami wręcz przebojowe), a wokalistka ma odpowiednie przygotowanie do ich wykonania. W zadziornych, dynamicznych numerach, takich jak „Bug In The Cake” czy „Big Memory”, Violet wypada szczególnie przekonująco i autentycznie. Dzięki temu można uznać, że mimo dużego zaplecza personalnego młoda artystka miała realny wpływ na kształt swojej pierwszej płyty.
Muzyka Violet, choć wyraźnie czerpie z rocka alternatywnego lat 90. i 2000., nie sprawia wrażenia wtórnej ani odtwórczej. Przeciwnie – jest w niej sporo świeżości. To brzmienie jakby zawieszone poza czasem: równie dobrze mogłoby powstać zarówno w 1996, jak i w 2006 czy 2026 roku. Dlatego też pozostaje uniwersalne, bo skoro nie da się określić daty jego produkcji, trudno też przewidzieć termin ważności.
Gdyby jednak wskazać trop, którym podąża debiutantka, okaże się, że jej główną inspiracją nie jest ojciec, lecz „ciocia” Courtney Love. Fani Hole z pewnością polubią album „Be Sweet to Me”, podobnie jak słuchacze PJ Harvey i The Breeders. Strona B płyty, za sprawą utworów „Pool Of My Dreams” i „Plastic Couch”, jest wyraźnie mroczniejsza i bardziej posępna niż radiowa strona A. W tekstach „Often Others” i „595” pobrzmiewa klimat „Twin Peaks” (artystka nie ukrywa fascynacji Davidem Lynchem), co pozwala odnaleźć wspólny język między Violet a jej potencjalnymi odbiorcami.
Jeżeli chodzi o winyl, jego jakość dorównuje jakości samych piosenek – wytłoczony jest starannie i bez żadnych błędów. Ten nośnik bardzo sprzyja muzyce oferowanej przez wokalistkę, albowiem płyta brzmi przestrzennie, przystępnie i soczyście. Samo wydanie (u mnie podstawowe, na czarnym winylu), poza ładną kopertą z tekstami nie zawiera żadnych innych dodatków. Jest to jednak spójne z klimatem albumu, który ma wzbudzać uznanie raczej samą muzyką aniżeli efekciarskim opakowaniem.
Czy przed Violet Grohl wielka, długoletnia kariera? Chciałbym w to wierzyć, bo jej debiutancki album daje taką nadzieję. Na rynku przydałaby się młoda rockowa artystka, która trochę namiesza i trafi z gitarowym brzmieniem do szerszej publiczności. Jeśli kolejne wydawnictwa potwierdzą potencjał pokazany na „Be Sweet to Me”, Violet Grohl szybko przestanie być postrzegana wyłącznie przez pryzmat znanego nazwiska.
Wyd. Universal Music Group
Album dostępny w naszej wyszukiwarce płyt winylowych.