Hypnosaur niczym dobrze naoliwiona maszyna dostarcza słuchaczom przebojowo brzmiących rockerów, okraszonych melodyjnymi refrenami i przyprawionych szczyptą syntezatorów.
Weźmy otwierający „Afterlife” – na bazie tłustych gitarowych riffów klawisze prowadzą melodię wprost do stadionowego refrenu: „In the afterlife / There’ll be no need to say goodbye”. Brzmi to niczym slogan wyjęty z reklamy cyfrowej nieśmiertelności – jednocześnie kusi i niepokoi… Ale jedźmy dalej. „Lifeflower” to kolejny przebój jak się patrzy, chyba zresztą utwór z największym potencjałem na całym krążku. Co warte podkreślenia, nad albumem unosi się dość intrygująca, futurystyczna aura – wszak to opowieść o zetknięciu się rozwijającej się w szalonym tempie technologii oraz społeczeństwa, które nie bardzo wie, jak sobie z nią radzić. Ten nowoczesny koncept zderza się z dość klasycznym rockowym ujęciem. Słychać to np. w „Reality-141”, który raczy słuchaczy nieco „rycerskim” riffem. Wyłamaniem stylistycznym jest kończący stronę A „Danger”. Agresywnie wykrzyczany refren „kill it and kill it and kill it with fire” dodaje potrzebnych tej płycie niepokoju i dzikości, przez co nawiązuje do specyficznej etykiety „jurassic punk”, jaką przypisali sobie muzycy. Łatki bywają jednak mylące, bo nad całością unoszą się klasyczne inspiracje hardrockowe i metalowe lat 70. oraz 80. i to one stanowią główną dominantę.
Recenzując poprzednie wydawnictwa Hypnosaura – „Doomsday” oraz „EP Undead” – wskazywałem na odpowiednio wykręcone brzmienie. Tutaj ten aspekt wydaje się jeszcze bardziej wyśrubowany. Mięsiste gitary napędza dynamicznie grająca sekcja rytmiczna, a nad całością unosi się czysty wokal. Choć z dziennikarskiego obowiązku wspomnieć trzeba o growlującym zaśpiewie w ciekawym i wielowątkowym „Alone”. Brzmienie to zasługa producenta Haldora Grunberga, który wie, jak z tej rockowej machiny wyłuskać maksimum selektywności i nowoczesnej potęgi.
Płyta jest rzetelnie wydana. Biały winyl został umieszczony w osobnej foliowej kopercie, w środku znajdziemy także insert ze zdjęciem i tekstami, a misternie skomponowana okładka jest dziełem doskonale znanego w rockowym światku poznańskiego artysty Rafała Wechterowicza.
Dla kogo jest ten album? Dla wszystkich, którzy cenią sobie nośne melodie, mocne uderzenie i ten specyficzny vibe, doskonale wibrujący zarówno na stadionie, jak i w zadymionym klubie. Warunek jest jeden: trzeba mieć na sobie skórzaną kurtkę i białe adidasy.