Najnowszy album Paula McCartneya to w pełni satysfakcjonująca podróż po Dungeon Lane - ulicy w robotniczej dzielnicy Speke, gdzie dorastał przyszły Beatles. Pełna nostalgii, ale też świeża, a momentami ujmująco rock’n’rollowa.
Czas sprawia, że każda chwila się liczy – z filozoficzną zadumą śpiewa 83-letni wokalista. I robi to w niezwykle przekonujący sposób w moim ulubionym utworze na płycie, pełnym drive'u „Lost Horizon”. Unosi się nad nim beztroski duch przebojów Toma Petty'ego and the Heartbreakers. Elektrycznych gitar i energii jest zresztą więcej na tym albumie, by wspomnieć wingsowski początek w postaci „As You Lie There” czy intrygujący aranżacyjnie, ocierający się o psychodelię „Mountain Top” z zaskakującą, nieco szaloną, kodą. Ale oczywiście na płycie jest też miejsce na wzruszające akustyczne ballady. Kto jak kto, ale twórca „Michelle” i „Yesterday” jest w tym przecież prawdziwym mistrzem. Tak więc w „Days We Left Behind” Macca wspomina tytułowych chłopców z Dungeon Lane, a jego wokal brzmi przejmująco i zmysłowo niczym Robert Plant. Wyróżnia się luzacki, trochę dylanowski „Down South”, a prawdziwa melancholia gości pod koniec albumu. Ujmujący hołd dla rodziców usłyszymy w „Salesman Saint” (My father was a salesman | My mother was a saint | Working every God-given minute | To make enough to pay the rent).
Trzy główne myśli pojawiły się po kilkukrotnym przesłuchaniu „The Boys of Dungeon Lane”. Po pierwsze, to zbiór świetnych kompozycji: zarówno ballad, jak i rockersów. Po drugie, McCartney czuje się w studiu jak ryba w wodzie: cała płyta brzmi niezwykle ciepło i analogowo (co jest także zasługą producenta Andrew Watta), a aranże sprawiają, że można się nią delektować na wielu poziomach. Co rusz pojawia się w tle jakieś dodatkowe instrumentarium – niespodziankami naszpikowany jest „Mountain Top”, wzbogacony ciekawymi wokalami „Never Know”, a wspomniany już „Salesman Saint” zaskakuje oryginalnym połączeniem elektrycznej gitary i trąbki. Z kolei te bardziej akustyczne fragmenty naturalnie uwypuklają ich emocjonalny charakter. Po trzecie, McCartney, pomimo swojego wieku, pozostaje świetnym wokalistą, odnajdującym się w mieniących się różnymi barwami dźwiękach.
Im człowiek starszy, tym częściej wraca tam, gdzie wszystko się zaczęło. Z Dungeon Lane związany jest przecież również George Harrison, klimatem tego miejsca nasiąkał młody Paul. Śpiewa tak: See the boys of Dungeon Lane / Along the Mersey shore / Some of them will feel the pain / But some were meant for more. Na kopercie wewnętrznej znajdziemy psychodeliczny kolaż zdjęć młodych Beatlesów, a w dołączonym booklecie, oprócz tekstów, spogląda na nas warholowski portret głównego bohatera płyty. Nietrudno odnieść wrażenie, że podczas nagrań towarzyszyły mu wspomnienia dawnych przyjaciół. Czasami takie albumy powstają trochę na siłę i napędzane są wyłącznie legendą artysty. Tutaj jest zgoła inaczej – to bezpretensjonalna, szczera i prawdziwa wyprawa z jednym z najważniejszych przewodników w historii muzyki rockowej. A jeśli do utworu „Home to Us”, Paul zaprasza swojego kumpla Ringo Starra, to można bez cienia przesady napisać, że chyba lepszej podróży sobie (i nam przy okazji) nie mógł zafundować.
Płytę „The Boys of Dungeon Lane” znajdziesz w naszej wyszukiwarce płyt winylowych.