„Nie ma dymu bez ognia” - śpiewają panowie z Black Keys w rozpoczynającym płytę utworze soulowego wokalisty Willie Griffina. Czas od razu na pierwszą parafrazę: kiedy The Black Keys zabierają się za korzenną tradycję muzyki amerykańskiej tam musi być ogień.
Na „Peaches!” znajduje się dziesięć utworów, które mają jeden wspólny mianownik: przeszłość. Kawałek po kawałku - niezależnie czy jest to w oryginale folkowa opowieść i czy dynamiczny rocker - Auerbach i Carney ubierają je jednak w teraźniejszość i konsekwentnie nadają swój charakter, mieszając klasyczne brudne brzmienie ze współczesną produkcją. Dla kogoś, kto lubi takie archeologiczne wyprawy na południe Stanów, spacery po bezdrożach oraz wizyty w owianych legendą studiach muzycznych, bez dwóch zdań ten album będzie porywający. A już moment, kiedy na warsztat biorą „You Got to Lose” z legendarnym riffem Ike’a Turnera z końca lat pięćdziesiątych, jawi się jako blues-rockowa eksplozja. Rozkręcamy wzmacniacz na full i tańczymy.
„Nobody can sing the blues like Blind Willie McTell” - śpiewał Bob Dylan w przejmującym utworze poświęconym owianemu legendą śpiewakowi Delty Missisipi. Może to trochę nawiązanie na wyrost, ale chciałoby się wręcz napisać, że obecnie nikt tak nie podchodzi do amerykańskiej tradycji i jednocześnie nie nadaje jej takiej bezpretensjonalnej energii jak The Black Keys. Tak było na udanej płycie „Delta Kream" gdzie znajdują się stare utwory z północnego Missisipi, tak jest na wielu autorskich płytach, gdzie duch tradycji napędza kapitalne produkcje, tak jest w końcu na „Peaches!”. Zastanawiam się, czy nie za często duet ucieka w kowerowanie, ale z drugiej strony w międzyczasie ukazały się trzy autorskie albumy - pięć płyt na sześć to solidny wynik. Wisienką na torcie jest fakt, że ta płyta wpisuje się w klimat cyklu imprez DJ-skich „Record Hang”, podczas których Auerbach i Carney bawią się z publicznością przy dźwiękach oldschoolowych singli.
„The black keys brought me here” - taki komentarz przeczytałem pod utworem R.L. Burnside’a „Fireman Ring the Bell” na Youtube. To niewątpliwie ważny aspekt tej płyty: wnikanie w dawny, często nieco zapomniany świat amerykańskiej tradycji muzycznej. Polecam bardzo takie eskapady. Swoją drogą ten kapitalny hipnotyzujący kawałek bluesowy został doprawiony przez The Black Keys odpowiednią porcją ciężaru i energii.
Podziwiam The Black Keys także za pomysłowość przy podejściu do oprawy graficznej ich albumów. Pamiętacie zdjęcie słynnego Plymoutha Grand Voyagera z okładki „El Camino” albo „kręgielniany” klimat z płyty „Ohio Players”? Tym razem muzyczny mikroświat kręci się wokół uroczego szyldu reklamowego, który został sfotografowany przez Williama Egglestona w 1973 roku. Poligrafia wydania – w tym koperty wewnętrznej oraz zdjęć muzyków, na czele z portretem Jimbo Mathusa – potwierdza w pełni analogowy charakter albumu. Zarówno na poziomie muzycznym, produkcyjnym, jak i wizualnym, „Peaches!” stanowi zaprzeczenie współczesnych trendów cyfrowej automatyzacji. Tu liczy się czysta energia, luz i muzyczne braterstwo. „To najbardziej naturalna płyta” - rzekł o płycie Dan Auerbach. Wierzę chłopakom. Ktoś oczywiście mógłby zarzucić zespołowi, że wchodzi do tej samej rzeki od lat, ale skoro to rozlewiska Delty Missisipi lub mokradła Luizjany to wręcz namawiałbym do kolejnych kąpieli. Tylko uwaga na krokodyle!