Recenzje

Behemoth - I, Scvlptor

Konrad Sebastian Morawski
Konrad Sebastian Morawski
24.09.2026

Ja, rzeźbiarz. Behemoth, potęga. 

Wydaje się, że gdzieś u zarania XXI wieku Behemoth ostatecznie zrzucił skórę wyłącznie metalowej bestii. Przestał być po prostu kolejnym reprezentantem ekstremy, a zaczął tworzyć albumy na miarę absolutnych klasyków. Wydawnictwa takie jak „Demigod”, „The Apostasy” czy ikoniczny „The Satanist” stały się legendami jeszcze za życia ich twórców: bluźniercze, smoliste, bezkompromisowo ciążące w stronę absolutnej perfekcji formy i charakteru. Najnowszy opus zespołu, „I, Scvlptor”, jawi się w tej perspektywie jako wyrafinowane podsumowanie autorskiej, muzycznej demonologii spod znaku Behemoth. To swoisty manifest dojrzałości, spowity dymem z mrocznego kadzidła i psującej się tkaniny starych ideałów.

Płyta mieści osiem kompozycji, z których część stanowi odświeżenie utworów z zamierzchłej przeszłości. Słuchacze, pamiętający jeszcze pionierskie lata dziewięćdziesiąte, czas czarno-białego self-made’u i klimatu kostki brukowej, z pewnością przyjmą nowe wersje „Rise of the Blackstorm of Evil” oraz „In Thy Pandemaeternum”. Nergal i jego muzycy, mimo wniesienia tych kompozycji w czasy 2026 roku, nie zdołali – i na szczęście nie chcieli – uciec przed duchem dawnej epoki. To mroczne, drapieżne, pachnące stęchłą piwnicą hymny, które na nowo definiują surową polską ekstremę z brudnych czasów tuż po upadku komunizmu. Odświeżenie tych numerów stało się nie tylko pretekstem do symbolicznej pielgrzymki do korzeni, ale i bezlitosną, celną chłostą riffami.

Gdy mowa o panteonie klasyków, na trackliście „I, Scvlptor” nie sposób przeoczyć pokłonów oddanych pionierom. Mowa o zbezczeszczonych na nowo klasykach z repertuaru Venom („In League With Satan” w wersji studyjnej) oraz Bathory („The Return of Darkness and Evil” zarejestrowany na żywo w Atenach). Obydwa hymny to coś więcej niż rytualny hołd złożony klasykom gatunku. To pyszna, niemal hedonistyczna ilustracja potęgi i wykonawczej wirtuozerii dzisiejszego składu. Paktowanie z Szatanem w tej lidze brzmi wręcz odurzająco, zaś ateńskie nagranie koncertowe z podwójną siłą podkreśla koncertową apokalipsę, jaką Behemoth serwuje na żywo.

Najbardziej intrygujące dla stałych wyznawców pozostają jednak kompozycje premierowe, w których brzmieniowy blichtr miesza się z mrocznym romantyzmem. Tytułowy „I, Scvlptor” to absolutny pomnik potęgi. Wśród gęstych jak smoła efektów budujących tło gotują się piekielne partie instrumentów. Nergal, Inferno, Orion i Seth występują tu w roli wyrafinowanych drapieżników, przedstawicieli nowej ewolucyjnej gałęzi: homo sapiens metalus extremus. Kaskady bezlitosnych uderzeń, monumentalne wokale i gęsta, niemal dławiąca atmosfera automatycznie windują ten utwór do panteonu największych osiągnięć zespołu. Dla tego jednego numeru – włączając w to bezbłędny obraz w teledysku – warto było ten album powołać do życia. Wykrzycz swój gniew, Nergalu, choć i Twój szept niesie ze sobą grobowy chłód.

Prawdziwym zaskoczeniem okazuje się „Begotten”. Być może za to porównanie zostanę ukamienowany przez metalowych purystów, lecz dla mnie to ekstrema przesiąknięta duchem goth-rocka spod znaku Fields Of The Nephilim. Nadal brutalna, wciąż opętana agresją, ale ociekająca czymś niepokojąco dekadenckim i chłodnym. W wokalu Nergala słychać wyraźny, wręcz spirytystyczny przeszczep z natchnionego manieryzmu Carla McCoya i trzeba przyznać, że ta tkanka przyjęła się znakomicie. Z kolei przedstawiony w dwóch odsłonach „Lord ov the Horizons” (ze szczególnym wskazaniem na ociekający mroczną poezją Rough Studio Mix) zdaje się sugerować nowy kierunek. Czy ta alchemia ekstremalnego black n’ death metalu z gotycką dekadencją i melancholią upadku stanie się nową ewangelią Behemoth?

Najważniejsze pytanie na dziś brzmi jednak inaczej. Czym w ostatecznym rozrachunku jest „I, Scvlptor”? W dobie powszechnego upadku ideałów, w ponowoczesnym świecie przesyconym cyfrowym dyktatem i kasandrycznym mrokiem, ta muzyka pozostaje czystą, niczym nieskalaną prawdą. To bezczelna, absolutna manifestacja woli mocy i poetyckiej destrukcji. Ten krążek nie bierze jeńców. Trwa niespełna czterdzieści minut, ale nokautuje już po pierwszych taktach, zostawiając słuchacza w stanie mrocznego odurzenia. Behemoth znów udowadnia, że jest niepodważalną potęgą.

Dzieło ukazało się na kilku nośnikach, w tym m.in. na rewelacyjnie wydanych winylach Gold Sunburst i Black White Splatter.

Winyle Behemoth znajdziesz w naszej wyszukiwarce płyt winylowych.

Jedyny polski portal o płytach winylowych. W sieci już od ponad 10 lat (wcześniej Psychosonda)

Dane kontaktowe

Redakcja Portalu Winylowego
(biuro e-words)
al. Armii Krajowej 220/P03
43-316 Bielsko-Biała

© 2026 Portal Winylowy. All rights reserved.