37 albumów studyjnych, 19 filmów (w tym 3 wyreżyserowane) oraz multum najważniejszych nagród przemysłu rozrywkowego. Kariery tak uznanej artystki jak Barbra Streisand nie da się opisać w krótkiej, kieszonkowej książce. Dlatego autobiografia „Na imię mam Barbra” (wyd. Marginesy) liczy ponad 900 stron i przez cały czas trzyma czytelnika w napięciu.
Autorka we wstępie sama podkreśla, że swoje wspomnienia adresuje raczej do świadomych odbiorców. Właśnie dlatego piszę tę książkę – ponieważ czuję się zobowiązana wobec osób, które naprawdę interesują się moją pracą, procesem, który stoi za tą pracą, i, być może, osobą stojącą za tym procesem – pisze we wstępie. „Na imię mam Barbra” to nie jest pozycja dla kogoś, kto szuka lekkiej lektury na krótki urlop. To rzetelne kompendium wiedzy na temat Streisand, w którym kariera zawodowa bierze górę nad życiem prywatnym.
Dzieciństwo artystki zostało opisane bez zbędnych dłużyzn. Streisand nakreśla istotne czynniki, które wpłynęły na jej dalsze życie (dorastanie bez ojca i trudną relację z matką), ale już na czterdziestej stronie skupia się na budowaniu swojego przyszłego zawodu. W tym momencie, w życiu czternastoletniej Barbry (wtedy jeszcze Barbary) pojawiają się pierwsze zajęcia dramatyczne i praktyki w zespołach teatralnych. Warto podkreślić, że dla autorki to właśnie kariera aktorska była głównym celem, a śpiew pojawił się dopiero kilka lat później, podczas szukania dodatkowej formy zarobku. Odkrywanie siebie w roli wokalistki, pierwsze koncerty w nowojorskim klubie Bon Soir i praca nad debiutanckim albumem „The Barbra Streisand Album” to ważny fragment tej książki.
Lektura pozwala lepiej zrozumieć wczesne płyty Streisand, oparte głównie na materiale broadwayowskim. Okazuje się, że nie były to zbiory przypadkowych coverów, tylko świadomie dobierane piosenki, które przed zarejestrowaniem w studio artystka wielokrotnie testowała na występach w nocnych klubach. Autorka wspomina również, że podpisując pierwszy kontrakt płytowy z Columbia Records, wynegocjowała zapis o posiadaniu całkowitej kreatywnej kontroli nad swoimi albumami, jak również niezależności przy kompletowaniu repertuaru. Dla nieznanej dotąd debiutantki to był duży przywilej i – jak można się przekonać na dalszych kartach książki – Barbra wielokrotnie z niego korzystała.
Streisand opisuje kolejne etapy swojej kariery z dużą dbałością o fakty. Naturalnie są w książce fragmenty, gdy pamięć ją zawodzi, ale wówczas się nie poddaje: prosi o pomoc swoich asystentów albo wraca do dawno niesłuchanych płyt. Kilkakrotnie przyznaje się także do błędów i porażek. Nie pomija niewygodnych tematów, takich jak nieudany album „What About Today?” z 1967 roku czy klapa finansowa komedii „Jak się zabawić?”. Pisze z dużą szczerością i entuzjazmem, stosuje rozmaite potoczne zwroty, dzięki którym jej autobiografia jest pełna życia i emocji.
Dzięki tej książce przypomniałem sobie płyty, których ostatni raz słuchałem dobrych kilka lat temu. Jedną z nich jest album „The Way We Were” z 1974 roku, zawierający tytułowy hit z filmu „Tacy byliśmy”. Uświadomiłem sobie również, że ciągle mam pewne braki w dorobku artystki. Muszę np. koniecznie nadrobić film „Jentł”, jej reżyserski debiut, zwłaszcza że praca nad nim została tak ciekawie opisana.
„Na imię mam Barbra” to pozycja, która daje nam pełen obraz Barbry Streisand jako artystki – perfekcjonistki, osoby niezwykle świadomej swojej drogi twórczej i konsekwentnie walczącej o artystyczną niezależność. Ta obszerna autobiografia wymaga czasu i uwagi, ale w zamian oferuje fascynującą podróż przez kilkadziesiąt lat historii muzyki, filmu i Broadwayu. Dla fanów Streisand to lektura obowiązkowa, a dla pozostałych czytelników – interesujące spojrzenie na kulisy kariery jednej z największych gwiazd amerykańskiej popkultury.
fot. Jakub Krzyżański