Recenzje

Pull The Wire - Przez Sztorm i Morskie Fale

Julia Cieślik
Julia Cieślik
31.03.2026

Kiedy nastają wiosenne dni i wychodzę „na dwór” (albo „na pole” - co kto lubi), czując na sobie promienie słońca, w mojej głowie zaczyna samowolnie lecieć fragment piosenki: „W takie dni chcemy strzelać kapslami w niebo, wypijmy zdrowie tego, co zabronił w plenerze pić”.

I w sumie to jest najlepszy sposób, żeby opisać moją relację z zespołem Pull The Wire. Gdzieś się przewijał, znam największy hit, posłucham na festiwalu, chętnie wybiorę się na koncert, ale jeśli chodzi o znajomość albumów czy utworów, jest ona raczej znikoma. Dlatego biorąc na warsztat winyl „Przez Sztorm i Morskie Fale”, kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czy będzie to odsłuch w męczarniach, bo przecież „zespoły z tamtych lat” czasem nie dają już rady, czy może jednak czeka mnie po prostu dobra zabawa?

Sam tytuł zwiastuje konkretny klimat.  Aż chciałoby się wypić rum, założyć przepaskę na oko i wziąć papugę na ramię. Nic z tego się jednak nie wydarzyło, spokojnie - żadna wątroba ani żadne zwierzę nie ucierpiały przy pisaniu tej recenzji.

Zanim przejdę do muzyki, muszę zacząć od wydania, bo tutaj naprawdę jest o czym mówić. Zespół i osoby odpowiedzialne za oprawę wizualną podarowały coś więcej, niż tylko standardową okładkę. Mamy tu do czynienia z doświadczeniem angażującym nie tylko wzrok, ale też dotyk - różne struktury, detale, elementy, które aż chce się sprawdzać palcami i oglądać z bliska. Do tego dochodzi ciekawość wynikająca z samej kompozycji okładki - dużo się na niej dzieje i można spędzić dłuższą chwilę, analizując szczegóły.

No i uwaga…planszówka! Serio. Czy widzieliście kiedyś wydanie winylowe, które przy okazji oferuje grę? Dla mnie to coś zupełnie egzotycznego. Czy tego chciałam? Nie. Czy tego potrzebowałam? Też nie. Ale czy mnie to zaskoczyło i sprawiło, że mam ochotę w to zagrać? Oczywiście, że tak.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kolorowy winyl. Gdyby był klasycznie czarny, absolutnie nic złego by się nie stało. Tutaj chyba chodzi o coś innego. Widać, że twórcom zależało na dopracowaniu szczegółów i stworzeniu wydania, które robi wrażenie na każdym etapie kontaktu. Przed odsłuchem pojawiła się u mnie pewna obawa: czy za tą efektowną formą pójdzie równie dobra zawartość muzyczna?

Sam pomysł, żeby pójść w stronę pirackich klimatów, szant i szeroko pojętej morskiej estetyki, uważam za bardzo trafiony, spina się on z warstwą wizualną. Nie wszystkie utwory trzymają się jednak tej konwencji, co z jednej strony trochę wybija z klimatu i może zostawić lekki niedosyt, ale z drugiej - dobrze, że nie ma tutaj dziesięciu kawałków „na jedno kopyto”, bo to mogłoby szybko stać się nużące.

Muzycznie dostajemy dobry, solidny polski punk rock. Taki, który aż prosi się o koncertowe warunki i kontakt z publiką. To właśnie na żywo te numery prawdopodobnie rozwijają pełnię swojego potencjału, ale trzeba przyznać, że także w domowym odsłuchu potrafią dać sporo frajdy.

Największym zaskoczeniem był dla mnie ostatni utwór. Słucham i nagle pojawia się myśl: „przecież ja to znam!”. I faktycznie, gdzieś z tyłu głowy odzywa się skojarzenie z zespołem Video, który delikatnie pisząc, nie należy do moich ulubionych i raczej budzi we mnie średnio pozytywne emocje. Utwory takie jak „Papieros” zawsze wydawały mi się po prostu słabe. Chociaż, żeby być uczciwą, patrząc na to, co aktualnie serwują stacje radiowe, wcale nie było aż tak tragicznie.

„Weź nie pie*dol” - to kawałek, który zawsze miał w sobie potencjał. Pull The Wire wzięło go pod swoje skrzydła i dało mu nowe, zdecydowanie lepsze życie. Nie chcę, żeby to zabrzmiało tak, że najlepszy moment płyty to cover, ale był to bardzo miły, osobisty powrót do czegoś znanego, tylko w znacznie lepszym wydaniu.

Myślę, że utwory takie jak „Klątwa Czarnej Perły Strong” czy „Przez Sztorm i Morskie Fale” (feat. Jelonek!) mają ogromny potencjał koncertowy i mogą stać się hitami. To są te momenty, przy których bez problemu można wyobrazić sobie tłum ludzi bawiących się pod sceną. Słuchając płyty, naprawdę łatwo przenieść się myślami na festiwal i poczuć tę energię.

Najmniej ciekawym fragmentem jest dla mnie ballada „Powiedziałem”. Ale z balladami jest tak, że albo trafiają idealnie w czuły punkt i zostają z tobą na dłużej, albo są momentem, który najchętniej się pomija. Podczas odsłuchu są inne „poważniejsze”, lepsze tekstowo i muzycznie momenty („Temida”).

Podsumowując, ten album sprawił mi sporo radości, podarował parę przemyśleń, zapewnił dobrą zabawę i przede wszystkim zachęcił do tego, żeby wybrać się na koncert. Dla milenialsów może to być powrót do czasów, które kojarzą się z większą beztroską, kiedy po tanim winie głowa bolała jakby mniej, a wszystko wydawało się prostsze. Dla młodszych słuchaczy, którzy na szczęście skręcili w stronę takiej muzyki, może to być z kolei bardzo przyjemne odkrycie - coś świeżego, a jednocześnie zakorzenionego w brzmieniu, które ma w sobie autentyczność i energię.

Jedyny polski portal o płytach winylowych. W sieci już od ponad 10 lat (wcześniej Psychosonda)

Dane kontaktowe

Redakcja Portalu Winylowego
(biuro e-words)
al. Armii Krajowej 220/P03
43-316 Bielsko-Biała

© 2026 Portal Winylowy. All rights reserved.