Recenzje

Aerosmith - Aerosmith

Marcin Mieszczak
Marcin Mieszczak
31.03.2026

Magia debiutów wielkich zespołów zawsze mnie fascynowała. Interesuje mnie moment, w którym artyści znajdują się na etapie kształtowania własnego stylu – jeszcze zanim zaczną wyznaczać trendy. W świecie hard rocka bywało z tym różnie. Na przykład debiut Deep Purple, „Shades of Deep Purple”, niewiele przypominał hardrockową machinę znaną chociażby z „In Rock” (co nie oznacza, że był słaby). Podobnie było z Judas Priest czy Scorpions. Z drugiej strony są zespoły, które już na starcie wyraźnie zaznaczyły kierunek swojej rockowej szarży – jak choćby Black Sabbath czy Led Zeppelin. A gdzie w tym wszystkim plasuje się Aerosmith? Ich debiut to surowy, blues-rockowy album, ale już z wyraźnie zarysowaną tendencją do chwytliwych, porywających zagrywek. Słychać też charakterystyczny, luzacki groove, który później stanie się jednym z ich znaków rozpoznawczych.

Dla wielu słuchaczy debiut Aerosmith to przede wszystkim „Dream On” – pierwszy poważny hit zespołu. I rzeczywiście, ta klasyczna power ballada wyrosła na jedną z ikon rocka pierwszej połowy lat 70. Jednak na „Aerosmith” znajdziemy co najmniej kilka równie mocnych momentów. Zawsze podobało mi się otwarcie albumu w postaci „Make It” – zagrane z lekką nerwowością, stanowi świetne, energetyczne zaproszenie do świata Tylera, Perry’ego i spółki. Do tego dochodzi groove i partie perkusji Joeya Kramera, które skutecznie napędzają całość. Przyjemnie nakręca rockandrollowy „Mama Kin”, po który sięgnął także Guns N’ Roses – i zagrał go z większą energią. Tu z kolei mamy jeszcze charakterystyczne zagrywki saksofonu. W pamięci zostaje także mroczniejszy, bluesowy "Movin’ Out". Płytę kończy cover "Walkin' the Dog" wokalisty rhythm and bluesowego Rufusa Thomasa, w której zaskakująco ciekawą partię na flecie zagrał Steven Tyler.

Trzeba uczciwie przyznać, że na swoim debiucie Aerosmith nie jawi się jako zespół szczególnie odkrywczy – można wręcz odnieść wrażenie, że pojawili się odrobinę za późno, bo podobne zagrywki słychać już choćby na płytach The Rolling Stones, z którymi zresztą często są porównywani. Z drugiej strony, wystarczy odpowiednio podkręcić głośniki, by ta muzyka zaczęła po prostu przekonywać. Jest w niej energia i rockowy nerw.

Powodem, dla którego warto sięgnąć po tę rocznicową edycję, są liczne wydania specjalne. Najbogatsze obejmuje aż pięć winyli – z koncertem, niepublikowanymi nagraniami studyjnymi oraz dodatkami graficznymi, takimi jak 12-calowy przezroczysty winyl z efektem UV cloud z utworami „Dream On” (Remastered) i „Dream On” (Mix), umieszczony na drukowanej, błękitnej slipmacie.

Brzmienie? W swojej kolekcji mam wczesne amerykańskie tłoczenie na labelu Columbii (Pitman Pressing). Bardzo cenię jego brzmienie – jest gęste, niskie i z dobrze wyczuwalną analogową dynamiką. Nowy mastering jest natomiast nieco jaśniejszy, mniej zbity i ogólnie brzmiący bardziej współcześnie. Dla mnie jednak wygrywa stare tłoczenie, choć najlepiej przekonać się o tym samemu.

To świetne miejsce, aby przypomnieć naszą recenzję ostatnich nagrań Aerosmith & Yungblud - One More Time.

Płyty Aerosmith znajdziesz w naszej wyszukiwarce płyt winylowych.

Jedyny polski portal o płytach winylowych. W sieci już od ponad 10 lat (wcześniej Psychosonda)

Dane kontaktowe

Redakcja Portalu Winylowego
(biuro e-words)
al. Armii Krajowej 220/P03
43-316 Bielsko-Biała

© 2026 Portal Winylowy. All rights reserved.