Vinylowa5

Kacper Siekirka

Jakub Krzyżański
Jakub Krzyżański
09.09.2026

Kacper Siekirka – wokalista, gitarzysta i muzyk sesyjny. Frontman zespołu Konie, a w ostatnim czasie współtwórca duetu Siekirka x Shaiba, grającego alternatywną elektronikę. Digger zakochany w brazylijskich rytmach, autor tekstów dla zina „Funkowe Sprawy”.

Zbigniew Wodecki – „Zbigniew Wodecki” (1976) - okładka

Zbigniew Wodecki – „Zbigniew Wodecki” (1976)

To moja ulubiona polska płyta. Jako muzyczno-tekstowa opowieść totalnie mnie urzeka swoją słodką naiwnością, tak charakterystyczną dla lat 70. Gdy w 2016 roku Mitche nagrali ze Zbigiem ten album na nowo, ja – wtedy szesnastolatek – po przesłuchaniu miałem totalny odjazd w głowie. Nie mogłem uwierzyć, że to brzmi tak świeżo, skoro ta muza została napisana tyle lat wcześniej. Takie vintage’owe nagrania zawsze mnie strasznie pociągały. Jak tylko odkryłem tego Wodeckiego, od razu wleciały wszystkie ręce na pokład i zacząłem głębiej diggować w podobnych klimatach.

Wtedy odkryłem też „Kaprysy” – audycję, którą w latach 70. prowadził Andrzej Trzaskowski. To był w zasadzie polski Soul Train! Może trochę grzeczniejszy i bez udziału publiczności, ale narracyjnie absolutny sztos. Mam zresztą poczucie, że urodziłem się w najgorszych, a jednocześnie najlepszych czasach. Najgorszych, bo taka muzyka już nigdy nie wróci, a najlepszych, bo dzięki technologii mamy cały ten dorobek na wyciągnięcie ręki.

Z tym albumem mam też mnóstwo osobistych wspomnień. Moja babcia Stefcia strasznie lubiła Wodeckiego i zawsze się jarała, jak go słyszała. Mówiła: „O, Wodecki! Jaki on fajny, a jak śpiewa, a jak on kiedyś wyglądał…” itd. To było mega słodkie!

A wieńcząc moje przygody z tą płytą – przez to, że tak ją uwielbiam – około 2020 roku napisałem aranże do wszystkich numerów i przez jakiś czas graliśmy je z zespołem Konie. Wtedy dopiero przekonałem się, jak rozkminionym muzykiem był Wodecki. Idealnym przykładem są „Panny mego dziadka”. Nawet nie wiesz, w którym momencie dzieje się tam modulacja. Słuchasz sobie i nagle jesteś dwa piętra wyżej niż na początku! I jeszcze ciekawostka: ten numer powstał na kanwie „Empty Boat” Caetano Veloso.

Kupiłem reedycję z 2016 roku, bo bardzo chciałem mieć tę płytę na winylu, zwłaszcza że wcześniej zostaliśmy z Końmi zaproszeni przez Kasię Wodecką na Wodecki Twist. Traktuję ją jako symbol całej drogi, którą przeszedłem z tą muzyką. Nie mam obsesji na punkcie pierwszych wydań. Jeśli płyta jest dla mnie ważna, dobra reedycja ma dokładnie taką samą wartość. U mnie na pierwszym miejscu zawsze jest sama muzyka.

Marcos Valle – „Marcos Valle” (1983) - okładka

Marcos Valle – „Marcos Valle” (1983)

Z tą płytą wiąże się super historia. Pierwszy raz usłyszałem ją chyba w 2018 roku. Singiel „Estrelar” wleciał mi totalnie randomowo na Spotify. Chodziłem wtedy do liceum we Wrocławiu, do którego codziennie dojeżdżałem z mojej rodzinnej miejscowości. Wracałem właśnie pociągiem regio i siedziałem w piętrowym wagonie (to jest w ogóle mój ulubiony typ wagonów. Totalnie czadowy, mega go lubię). Był ciepły majowy wieczór, zachodziło słońce i zaczął padać deszcz. Nagle w słuchawkach wybrzmiał ten numer i pomyślałem, że to jest jakiś ważny moment. Tak bardzo się podjarałem, że od razu zacząłem odkrywać kolejne piosenki, aż w końcu całą płytę. A jak zobaczyłem okładkę, to już w ogóle oszalałem. Jest świetna i od razu pokazuje, czego możesz się po tym albumie spodziewać.

Jednym z najpiękniejszych numerów jest dla mnie „Fogo do Sol”, z chyba najcudowniejszą modulacją na świecie. Zawsze, kiedy ją słyszę, czuję się, jakbym na chwilę wleciał do nieba. Jest tu też „Samba de Verao” – totalnie nowe, 80s'owe podejście do tego standardu. W oryginale to kanoniczna bossa nova, a tutaj przerobiona na groove’ujące funky z dętkami za milion dolców.

Kolejna rzecz to teksty – znowu na niesamowitym luzie. Wszystko płynie, jest lekkie, ale przy tym w ogóle nie prostackie. Jest ogromna różnica między prostotą a prostactwem i ja właśnie uważam, że prostota jest najpiękniejszą odpowiedzią na skomplikowane życie.

To dla mnie na tyle ważny album, że zrobiłem sobie z nim dziarkę. Często ktoś mnie o nią pyta, a to świetny pretekst, żeby pogadać o Marcosie. Uwielbiam chłopa również za jego osobowość. To facet, który ma już ponad osiemdziesiąt lat, a nadal jeździ po całym świecie, gra swoją muzę, jest w świetnej formie i zajebiście wygląda.

Hamid Al Shaeri – „The SLAM! Years (1983-1988)” (2022) - okładka

Hamid Al Shaeri – „The SLAM! Years (1983-1988)” (2022)

To nowe wydanie ze znanej serii Habibi Funk – jednej z moich ulubionych, bo uwielbiam disco i funk ze Wschodu. Swego czasu miałem na taką muzykę ogromną zajawę. Sporo diggowałem, a nawet szukałem przekładów tekstów. Przy okazji odkryłem, że język arabski ma chyba z tysiąc dialektów. Wszystko zaczęło się od tunezyjskiego zespołu Hartago i utworu „Hanen”. To on zaprowadził mnie do Hamida Al Shaeriego, którego w Egipcie nazywają Bossem albo King of Funk. Jego album „The SLAM! Years (1983–1988)” poleciłbym każdemu na start eksploracji Habibi Funk.

Pierwszy numer, który wyróżniłbym z tego winyla, to „Ayohna” – po prostu piękny. Kiedyś, po mega ciężkim jobie, pojechaliśmy ekipą na camping i słuchaliśmy tam tej płyty. Do dziś bardzo mi się kojarzy z tamtym czasem – z wolnością, relaksem i nagrodą za dobrze wykonaną robotę.

Jeśli chodzi o takie czyste disco, to polecam ósemkę ze strony B, czyli „Maktoub Aleina”. Ma jeden z najlepiej osadzonych leadów, jakie znam. Jest zagrany może na dwóch albo trzech dźwiękach, ale trafia idealnie w punkt.

Lirycznie uwielbiam Arabów za to, jak pięknie potrafią mówić o miłości. Tutaj też mamy naiwność level milion. Gdyby w Polsce jakiś ziomek powiedział Ci o swojej sympatii, że wygląda jak rozkwitający w słońcu kwiat itp., pewnie uznałbyś to za strasznie dziwne. A u nich nawiązywanie do przyrody jest zupełnie naturalne i urocze. To jest właśnie takie ich.

D’Angelo – „Voodoo” (2000) - okładka

D’Angelo – „Voodoo” (2000)

Dla mnie to bardzo ważna, wręcz przełomowa płyta. Usłyszałem ją po raz pierwszy, gdy miałem może dwanaście lat, i do dziś faza na nią mi nie przeszła. Kiedyś miałem nawet taką wkrętkę, że uczyłem się wszystkich partii gitarowych z tego albumu. To kamień milowy, jeśli chodzi o późną afrokulturę w Stanach, jeszcze przed całą 50centozą. Mamy tu zamknięcie etapu tupacowego i początek nowego nurtu R&B, ale z ogromnym poszanowaniem dla korzeni, choćby Motown. Właściwie można to nazwać tributem dla afromuzy Stanów Zjednoczonych.

Nie pamiętam już, jak trafiłem na D’Angelo, ale znowu mogła zadziałać losowość algorytmu na YouTubie. Tak właśnie wyglądało wtedy moje diggowanie muzy. Później, kiedy zacząłem jeździć na różne warsztaty, zauważyłem, że wszyscy koledzy, którzy też grają, jarają się tą płytą dokładnie tak samo. Mega się cieszyłem, że mogę z nimi o niej pogadać. Zresztą ten album jest ważny dla całej kultury muzycznej. Przecież siostry Przybysz też zrobiły swoją płytę w oparciu o te brzmienia. Fajnie, że nas to w Polsce nie ominęło i że taka stylistyka się u nas przyjęła.

Co bym polecił? Na pewno „Feel Like Makin’ Love”, oryginalnie wykonywane przez Robertę Flack. To totalnie piękna miłosna opowieść, pełna kobiecej energii, a tutaj śpiewa ją ziom-getciarz, totalny playboy, którego w życiu byś o taki numer nie podejrzewał.

Do tego „Spanish Joint” zrobił na mnie kolosalne wrażenie. To prawdziwa jazzówa, momentami wpadająca w jakieś bebopowe rozkminy z neo-soulowym frazowaniem. Mistrzostwo. Nikt by tego nie zrobił lepiej. No, może jedynie Marian Lichtman.

Wyróżnię jeszcze „Playa Playa”. To był drugi numer, przy którym poczułem coś, co chyba zna każdy, kto naprawdę digguje muzykę. Słyszysz utwór pierwszy raz i nagle robi Ci się ciepło. Po prostu wiesz, że to jest to. W przypadku „Playa Playa” miałem dokładnie takie uczucie. Puściłem ten numer i od razu pomyślałem: „Okej, nie ma odwrotu”. Wszystko nagle kliknęło. To był moment, w którym uznałem, że lepiej już chyba być nie może. No… chyba że Marian.

Emilio Santiago – „Mais Que Um Momento” (1983) - okładka

Emilio Santiago – „Mais Que Um Momento” (1983)

No i deserek – Emilio Santiago. Piękna płyta. W zasadzie jest takim naturalnym rozszerzeniem tego, o czym mówiłem przy Marcosie Valle. Jeśli patrzeć na to jak na pewną klamrę, to obie płyty są praktycznie z jednej kategorii. Zresztą obie wyszły w 1983 roku i słychać to od pierwszych sekund. Mają ten sam touch, te same charakterystyczne kopy dla MPB, czyli Música Popular Brasileira. Dla mnie to wręcz showcase’owy album tego brzmienia. Emilio Santiago nie jest chyba ani najpopularniejszym, ani najwybitniejszym brazylijskim wokalistą, ale ta płyta jest po prostu cudowna. To jeden z tych albumów, które włączasz i od razu masz uśmiech na twarzy przez pół dnia. Takiej muzyki po prostu potrzebujemy.

To jest jeszcze ten moment zachłyśnięcia się amerykańskością. Takie bardzo 80s’owe marzenie o Ameryce. Pierwszy numer, „O Amigo de Nova York”, opowiada o ziomku, który wyjechał do Nowego Jorku i po prostu dobrze mu się tam żyje. Totalny klimat lat 80. Jest w tym fajna rozkmina, że Nowy Jork też jest trochę jak fawela – tylko miejska. To nadal miejsce pełne ludzi, kultur i energii, tylko wszystko jest podszyte marzeniem o lepszym życiu gdzieś za granicą.

Największym numerem jest dla mnie zamykający płytę „Un Homem E Uma Mulher”. Piękna ballada, love song w najczystszej, 80s’owej postaci. Bas jest zagrany tak głęboko i punktowo, że wręcz buduje całą przestrzeń utworu. Do tego świetny tekst i chyba moje ulubione solo w historii. Naprawdę. Jest mnóstwo genialnych solówek, ale ta spokojnie ląduje u mnie w absolutnej czołówce. Słuchasz pięknej, prostej ballady i nagle wchodzi motyw, którego kompletnie się nie spodziewasz. To jest taki moment, że aż myślisz: „Co tu się wydarzyło? Dlaczego oni nagle zaczęli strzelać?”. Przepiękny sound. Fraza też, bo ten motyw jednocześnie gra syntezator i śpiewa wokal. Dwa źródła dźwięku, synth i gębofon, idealnie się ze sobą sklejają i brzmi to fenomenalnie. Pod względem frazy, brzmienia i samej muzycznej konstrukcji ta solówka jest dla mnie po prostu skończona. Nic bym w niej nie zmienił.

Uwielbiam też sposób, w jaki na tej płycie słychać brazylijski folklor. Te chóry są niesamowite. Mam wrażenie, jakbym słyszał całą wioskę śpiewającą na jednym nagraniu. A jednocześnie każdy z tych ludzi ma taki feeling, jakiego praktycznie nigdzie indziej nie spotykam. Śpiewają w trudnych podziałach rytmicznych, z akcentami, które dla nich są kompletnie naturalne. I właśnie wtedy myślę sobie: wow. Oni po prostu wychowali się w tej muzie.

Mam z tą płytą też prywatną historię. Dostałem ją na urodziny od mojego przyjaciela. Wręczył mi ją i powiedział: „To jesteś ty, gdybyś urodził się w Brazylii”. Strasznie miłe. Chociaż Santiago jest takim szefem, że nie śmiałbym się z nim porównywać. Gdybym był chociaż w połowie tak bardzo Santiago jak on sam, byłbym szczęśliwy.

Moim marzeniem jest kiedyś wyjechać do Brazylii i pograć tam z lokalnymi muzykami. To dla mnie jeden z najbardziej inspirujących kierunków na świecie. Chciałbym uczyć się na miejscu, a nie od ludzi, którzy kiedyś stamtąd wyjechali albo uczą tego gdzieś indziej. To nie jest to samo. Kiedy jedziesz tam, musisz dostosować się do ich rytmu życia i grania. Nikt nie daje Ci taryfy ulgowej. Musisz po prostu wejść w ten świat i grać z nimi jak równy z równym. To jest moje małe marzenie. Pojechać tam na kilka miesięcy, podszkolić się muzycznie i po prostu pobyć w tym wszystkim.

fot. Oliwia Czupryńska

Jedyny polski portal o płytach winylowych. W sieci już od ponad 10 lat (wcześniej Psychosonda)

Dane kontaktowe

Redakcja Portalu Winylowego
(biuro e-words)
al. Armii Krajowej 220/P03
43-316 Bielsko-Biała

© 2026 Portal Winylowy. All rights reserved.