Novika (właśc. Kasia Nowicka) – piosenkarka, dziennikarka muzyczna i didżejka. Jako wokalistka zadebiutowała z zespołem Futro, nagrywała m.in. ze Smolikiem, Fiszem i Foxem. Wydała cztery albumy solowe, a w 2025 roku na rynku ukazała się jej wspólna płyta z Samborem – „Born Again”. Związana z Radiem 357, w którym prowadzi autorską audycję Ultrafiolet.
Novika: Winyle i płyty kompaktowe to w moim życiu dwie różne historie, choć obie pełne wspomnień. CD-ki tworzą u mnie potężną kolekcję, poukładaną alfabetycznie na regale wypełniającym przedpokój. Są wspomnieniem związanym z pracą: po pierwsze w wytwórni (kilka lat od ’97 roku), po drugie w wielu stacjach radiowych. Przypominają też o licznych wypadach do Londynu i zakupach na Soho, z wypiekami na twarzy, w sklepikach, z których większości już nie ma.
Z kolei płyty winylowe to, po pierwsze, pokaźna kolekcja mojego taty i wspomnienie tańczących w salonie rodziców do kręcącej się na adapterze Roberty Flack czy Barbry Streisand. Po drugie – cały epizod pod hasłem „DJ Novika”.
Zaczęło się od grania chilloutu i downtempo w knajpkach typu Między Nami na Brackiej. Płyty przywoziłam z Londynu albo kupowałam w antykwariatach i sklepach, w których dobrze znaliśmy się ze sprzedawcami – Record Head Shop, później Side One, Wax Box i Winyl Market. Przyznam jednak, że nie miałam w sobie pasji prawdziwego „diggera”, a kiedy pod wpływem różnych nacisków zaczęłam grać bardziej dynamiczne sety w klubach w całej Polsce, przestałam czuć się z tym dobrze. Do śpiewania ciągnęło mnie znacznie mocniej, a za deckami nie umiałam sprostać oczekiwaniom publiczności, która patrzyła mi na ręce. Mówię o tym dlatego, że potem nastąpił czas rozstania z winylami. Dość długo nie powiększałam swojej kolekcji, podobnie w sumie jak Lex, mój partner i zarazem DJ. Obecnie w naszym domu zaszczytne miejsce zajmują kompakty, a winyle czekają na nowy pomysł na ich przechowanie i uporządkowanie. Znów jednak sprawiają mi radość – cieszę się, dostając je w prezencie, oraz z każdej polskiej płyty wydanej na winylu. Również nasz album nagrany z Samborem, „Born Again”, doczekał się wydania winylowego, podobnie jak reedycja Futra na różowym placku.
Wybór pięciu płyt z tej nieco chaotycznie poupychanej kolekcji nie był łatwy. Poza tym nie byłam niestety konsekwentną winylową kolekcjonerką, więc o ile na kompakcie posiadam całe dyskografie ulubionych artystów, to winylowo są oni często reprezentowani mocno wybiórczo, a w kolekcji mam znacznie więcej singli z remixami niż albumów. Ale skoro mają być winyle, to wybieram te, które mają dla mnie duży ładunek emocjonalny. Po prostu.
Kruder & Dorfmeister – „K&D Sessions” (1998)
Myślę, że każdy miłośnik elektroniki, szczególnie tej spowolnionej w kierunku trip hopu i downtempo przyzna, że ta pokaźna kompilacja to biblia! Ściślej mówiąc, jest to mix nagrany przez wiedeńskich mistrzów gatunku Petera Krudera oraz Richarda Dorfmeistera i wydany pod szyldem G-Stone Recording w 1998 roku. Panowie wzięli na warsztat nagrania bardzo różnych i bardzo lubianych wykonawców. Najmocniejsze momenty, które rozbrajają mnie od lat, to remixy Depeche Mode, Lamb oraz Bomb The Bass. Warto też uzupełniać winylową kolekcję o albumy pobocznych projektów Wiedeńczyków: Tosca, Peace Orchestra oraz cały katalog kultowej oficyny !K7.
Portishead – „Third” (2008)
Mimo że to debiutancki „Dummy” jest w ścisłej dziesiątce moich albumów (z kategorii BEST EVER), to po pierwsze nie posiadam go na winylu, po drugie, kiedy dostałam pięknie wydany box „Third” to zakochałam się w brzmieniu tej płyty. Po 11-letniej przerwie piewcy trip hopu powrócili z materiałem psychodelicznym, bardziej gitarowym, a przy tym jak zwykle niezwykle emocjonalnym. Najpiękniejszy – „The Rip” – porusza wciąż do głębi.
Moloko – „Statues” (2003)
Ostatni wspólny album powszechnie uwielbianej Róisín Murphy oraz jej wieloletniego partnera, a przy tym rewelacyjnego producenta i basisty, Marka Brydona. Mimo że płyta nie miała najlepszych recenzji, sprawia mi frajdę do dziś. I chociaż podążam za Róisín we wszystkich jej zwrotach i wcieleniach, twórczość w ramach Moloko miała dla mnie największą moc. Najmocniejsze momenty to „Forever More” i „Familiar Feeling”.
The Roots – „Phrenology” (2002)
Bardzo ciekawy album w dorobku tej fenomenalnej ekipy z Filadelfii. Z jednej strony bardziej eksperymentalny, z drugiej nadal przystępny i melodyjny. Sięgałam po niego dość często, grając sety bardziej chilloutowe, głównie ze względu na mocny do dziś klasyk – „The Seed” z Codym ChestnuTTem. Wśród gości również Ursula Rucker, Jill Scott oraz Nelly Furtado. Album ukazał się w roku 2002, który uważam za absolutnie wyjątkowy, jeśli chodzi o wydawnictwa z mojej półki. Gdybym miała ten krążek w wersji winylowej, to zapewne zamiast „Rootsów” wyróżniłabym z tego samego roku album Jazzanovy „In Between”.
Michael Jackson – „Bad” (1987)
Ten wybór może zaskakiwać, ale przeważył czynnik wspominkowy. Byłam dziewczynką, którą tata zabierał na festiwale w Opolu i Sopocie. Tam rodzice zaprzyjaźnili się z chwilowym gwiazdorem Alanem Michaelem, pochodzącym z Jugosławii. Byłam nim zafascynowana i nigdy nie zapomnę, kiedy przy kolejnym spotkaniu wręczył nam przywieziony z Holandii nowiutki album „Bad”. To było coś! A poza tym, pomimo obecnie niskich notowań Jacksona, to ostatni album nagrany przy współpracy z Quincym Jonesem i jest po prostu produkcyjnym majstersztykiem.