Vinylowa5

Tomasz Lada

Jakub Krzyżański
Jakub Krzyżański
25.02.2026

Tomasz Lada to dziennikarz, redaktor i autor książek specjalizujący się w popkulturze. Jest też maniakiem muzyki. Pierwszy polski winyl samodzielnie kupił jako dwunastolatek. To była „Ona przyszła prosto z chmur” Budki Suflera. Wiosna 1980 roku, EMPiK na Placu Unii Lubelskiej w Warszawie. Kilka miesięcy później pojawiły się pierwsze symptomy szaleństwa. Na zorganizowanym w klubie osiedlowym OSSA kiermaszu świątecznym wydał całe kieszonkowe, by kupić debiutancki Maanam, „Helicopters” Porter Bandu i „Welcome” SBB. Niedawno Lada napisał książkę „Wszystko jak leci. Polski pop 1990 – 2000”. O dziwo, na jego liście nie ma żadnej płyty z tej dekady. – Lata dziewięćdziesiąte to kompakt, zawsze będą mi się tak kojarzyć – mówi. – Zresztą część płyt z tego okresu, które wrzuciłbym na tę listę, jeszcze nie została wznowiona na winylu. Niektóre chyba nigdy się nie ukażą – dodaje. A więc zaczynamy.

Nie jestem w stanie podać swoich pięciu ulubionych płyt. Zresztą problem miałbym, gdyby ktoś zaproponował mi podanie dziesięciu, a nawet dwudziestu. Ten ranking zmienia się u mnie codziennie, w zależności od nastroju, chwili, a czasem półki, przy której stoję. Na pewno zawsze tam będzie coś z trylogii płyt King Crimson z Johnem Wettonem i Billem Brufordem („Larks' Tonques In Aspic”, „Starless And Bible Black”, „Red”) i jedna z dwóch pierwszych płyt The Stooges (jedynka i „Fun House”). Pewnie wpadłoby tam coś z rzeczy, które „robiły mnie” w dzieciństwie – „Highway To Hell” i „Back In Black” AC/DC oraz „Ace of Spades” i „No Sleep ‘til Hammersmith” Motörhead czy w czasach licealnych – „Ride The Lightning” Matalliki, „Reign In Blood” Slayera, „Peace Sells… but Who’s Buying” Megadeth oraz mocno dziś zapomniane „Bonded by Blood” Exodusa. Zapewne też moje guilty pleasures – „Welcome To the Pleasuredome” Frankie Goes To Holywood i „Connected” Stereo MC's, esencjonalne płyty lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Kiedy piszę te słowa do głowy przychodzi mi jeszcze Prince. Większość jego płyt jest dla mnie znakomita. „1999” i „Purple Rain” to arcydzieła. No i jeszcze ostatnie trzydzieści pięć lat. Greg Dulli we wszystkich wcieleniach, z trylogią Afghan Whigs „Congregation”, „Gentlemen” i „Black Love” oraz „Powder Burns” Twilight Singers na czele, „R”, „Songs For the Deaf” i „Era Vulgaris” Queens of The Stone Age oraz wszystkie wydane w XXI wieku płyty Clutch. Najbardziej cenię „Earth Rocker” – w pewnym momencie słuchałem jej, z małymi przerwami, przez półtora roku.

Ale to wszystko starocie, a jednak każdy dzień, no dobra – tydzień, przynosi coś nowego, wartego chociaż kilkukrotnego odsłuchu. A ja wciąż wierzę, że jeszcze ukaże się coś – przynajmniej dla mnie – wielkiego. Zresztą tak naprawdę nie przepadam za oglądaniem się w tył.  

Dlatego pomyślałem, że moja piątka będzie wyglądała inaczej. To nie będą ulubione płyty (choć każdą z nich lubię), ale – moim zdaniem – ukryte lub po prostu pomijane skarby polskiej muzyki popowej czy rockowej. Podam je w porządku chronologicznym.

Polanie – „Polanie” (1968) - okładka

Polanie – „Polanie” (1968)

Fanatycy polskiego rocka wciąż dyskutują, o której naszej płycie można powiedzieć, że jest pierwszym polskim albumem rockowym. Wybór wykonawcy nie pozostawia wątpliwości – Breakout. Ale „Na drugim brzegu tęczy”, „70a” czy „Blues”? To świetne płyty, szczególnie lubię „Na drugim brzegu…”, ale pierwszy był ktoś inny.
W 1965 roku pięciu zaczynających od big bitu estradowców z wczesnych Czerwono i Niebiesko–Czarnych postanowiło stworzyć zespół, który byłby estetycznie blisko tego, co działo się wówczas w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Zamiast ugrzecznionego big bitu miał grać przesiąknięty rhythm’n’bluesem hałaśliwy beat z mocno przesterowanymi gitarami.

Zespół istniał krótko, do 1968 roku, ma na koncie trzy epki i jedną, wydaną już pod koniec działalności, dużą płytę. Ale za to jaką.

Już pierwsze takty i mocno sfuzowana gitara otwierającego album utworu „A ty pocałujesz mnie” pokazują, że mamy do czynienia z rockiem przez bardzo duże R. Muzycznie Polanie poruszali się bardzo sprawnie w granicach chuligańskiego brytyjskiego gitarowego grania spod znaku The Kinks i The Yardbirds oraz przedpsychodelicznego alt popu z Zachodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych. To, na ówczesne realia, bardzo ostre granie i świetna, chwilami drapieżna, melodyjna wokalistyka. No i to brzmienie. Wyraźnie słychać, że muzycy byli absolutnie świadomi tego, co chcą osiągnąć i wiedzieli, jak to zrobić, a przy okazji mieli doskonałych realizatorów (Krystynę i Janusza Urbańskich). Panorama i perspektywa nagrań są perfekcyjne. Mająca blisko sześćdziesiąt lat „Polanie” brzmi bardzo nowocześnie. O taki sound walczą współczesne zespoły garage rockowe, zwłaszcza te kalifornijskie i szwedzkie. Zresztą „Polanie” jest bardzo ceniona wśród fanów gatunku na całym świecie. Dużo bardziej niż w Polsce.

Problemem tego albumu jest brak spójności. Strona A to kompozycje autorskie. Strona B – covery Raya Charlesa, The Animals, The Kinks, The Lovin’ Spoonful i zupełnie zapomnianych The Capitols. Strona A jest mocna i przebojowa. Strona B – nieudolna. Irytuje zwłaszcza angielski Piotra Puławskiego. I to chyba on rzutuje na odbiór tych piosenek. Być może w latach sześćdziesiątych na prywatkach był do przejścia. Teraz nawet nie irytuje czy bawi – męczy. Ale do strony A zawsze wracam z przyjemnością.

Zdzisława Sośnicka – „Moja muzyka” (1976) - okładka

Zdzisława Sośnicka – „Moja muzyka” (1976)

Twardziele nie tańczą, ale – co bardzo bawi moich znajomych – jestem kibolem funku i muzyki tanecznej lat siedemdziesiątych. Namiętnie słucham wszystkiego z tamtego czasu i gatunku: od „Live Evil”, „Pangaea” i „Agharty” Davisa, całego Isaaca Hayesa z wytwórni Stax oraz The Temptations z tego samego okresu przez pierwsze trzy/pięć płyt Chic do świetnie skrojonej konfekcji Kool And The Gang oraz Earth, Wind And Fire. No i arcydzieła gatunku – „I Feel Love” (jedna z moich piosenek wszech czasów), cały zresztą „I Remember Yesterday” wielkiego Giorgio Morodera, Pete’a Belotte’a i Donny Summer, „Bad Girls” tejże Summer, „Diana” Diany Ross oraz – dla mnie – jedna z najwybitniejszych płyt ever – „Off the Wall” Michaela Jacksona.

Wbrew temu, co można myśleć o polskim popie, mieliśmy pewne osiągnięcie w tej dyscyplinie sportu. Doskonale pokazują je składanki z serii „Polish Funk” ułożone przez team Soul Service i DJ–a Teama. To moim zdaniem lektura obowiązkowa nie tylko dla maniaków, ale każdego, kto chce posłuchać dobrej muzy. Mamy też chyba zapomnianą, na pewno pozostającą w cieniu, płytę z epoki, która w niczym nie ustępowała ówczesnym produkcjom tego typu.

Dziś Zdzisława Sośnicka kojarzona jest głównie z dostojnych przechadzek „Aleją Gwiazd” i blond fryzury, którą wymyśliła sobie pod wpływem – jak kiedyś wyznała – kultury new romantic. Ale wielką gwiazdą była już dekadę wcześniej, gdy nagrywała swój trzeci album „Moja muzyka”. Dwa poprzednie były solidnymi, ale pozbawionymi wyrazu i oryginalności, typowymi produkcjami estradowymi epoki wczesnego Gierka. Tym, co zwracało uwagę, był potężny głos i doskonała technika wokalna piosenkarki.

Ale Sośnicka górowała intelektualnie i emocjonalnie nad większością swoich koleżanek po fachu. Zrozumiała, że zmieniają się czasy i słuchacze. Płyty zaczyna kupować kolejne pokolenie, a młodzi potrzebują młodej muzyki.

Przygotowana dla niej przez kompozytora i aranżera Janusza Komana „Moja muzyka” to esencja amerykańskich wielkomiejskich produkcji dyskotekowo–klubowych z połowy lat siedemdziesiątych. Co prawda słychać, że Sośnicka lub/i Koman obsadzili piosenkarkę w roli „drugiej/polskiej” Summer, a piosenki chwilami za bardzo upodabniają się do rzeczy Isaaca Hayesa (temat z „Shafta” jest właściwie splagiatowany i to nie raz), ale w niczym nie obniża to oceny tej płyty.

„Moja muzyka” to rozbujany taneczny pop z najwyższej półki. Energetyczny (choć dostępne w sieci występy piosenkarki z tamtego okresu pokazują, że potrafiła być jeszcze bardziej ekspresyjna) i porywający, jest doskonały nie tylko do kontemplacji w domowym zaciszu. To przede wszystkim fantastyczne wykonania, przy których można się świetnie bawić. No i to brzmienie. Zalewająca nas nieustannie od kilkunastu lat fala retro powoduje, że świętująca w tym roku swoje pięćdziesięciolecie „Moja muzyka” brzmi bardzo aktualnie, by nie powiedzieć – nowocześnie. O takim soundzie, wyciskającym z analogowego sprzętu wszystko, co najlepsze, marzą współcześni producenci. Urządzenia cyfrowe nigdy tak nie zabrzmią. I nie pomoże tu nawet najbardziej rozwinięta AI. Żeby stworzyć takie muzyczne przestrzenie potrzeba nie tylko inteligencji, ale też wrażliwości i empatii.

SBB – „Welcome” (1979) - okładka

SBB – „Welcome” (1979)

„Jedynka” SBB to jedna z moich ulubionych polskich płyt. Ale – paradoksalnie – częściej wracam do albumu, który dla wielu fanów zespołu Skrzeka, Apostolisa i Piotrowskiego jest problematyczny. Po koncertach w Europie Zachodniej, z największym sukcesem ówczesnej polskiej muzyki – występem na festiwalu Roskilde w 1978 roku na czele, SBB chciało zawojować tamtejszy rynek płytowy. Co prawda niemiecka wytwórnia Spiegelei–Intercord nie należała do gigantów, ale miała prestiżowy katalog oparty na krautrocku. No i pracował dla niej wielki majster konsolety – Conny Plank. To właśnie on jest współodpowiedzialny za brzmienie „Welcome”.

Ale ósma płyta SBB to coś więcej niż mający lekkość bombki choinkowej i siłę bomby atomowej głęboki przestrzenny dźwięk. Presja na sukces komercyjny, jaką narzucili sobie muzycy lub narzucił im zachodni wydawca sprawiła, że zespół bardzo się zmienił. Zniknęły efektowne, chwilami szalone improwizacje i popisy solowe. Zamiast nich mamy tu dyscyplinę i żelazną konsekwencję kompozycyjną. No i Józefa Skrzeka śpiewającego jak nigdy wcześniej i później, który okazuje się wybitnym, wyraźnie zafascynowanym The Beatles, zwłaszcza Paulem McCartneyem, wokalistą.

W zasadzie nie ma na „Welcome” utworu choćby słabszego. Trylogia „Loneliness”, „Why No Peace” i „Welcome Warm Nights and Days” ociera się o arcydzieło, zaś bliski crime funkowi i wściekłemu, zmęczonemu Steely Dan „Rainbow Man” to idealna ścieżka dźwiękowa nocnych spacerów po niezbyt bezpiecznych dzielnicach miasta.

Wielka płyta. W niczym nie ustępująca ówczesnym i dzisiejszym światowym standardom. Szkoda, że mówi i pisze się o niej tak mało. Wrzuciłem ją sobie, żeby napisać ten kawałek, i chyba nie odstawię na półkę zbyt prędko. 

Lombard – „Anatomia” (1985) - okładka

Lombard – „Anatomia” (1985)

Na początku lat osiemdziesiątych nazwa Lombard budziła śmiech. Przynajmniej na twarzach fanów rocka i alternatywy. Stworzony przez menadżera zespół, w którym grali starzy wyjadacze, a śpiewali adepci szkoły sztuki estradowej, nijak się miał do nowej rzeczywistości, w której nowa muzyka miała opisywać świat takim, jaki jest naprawdę. A już utwór „Śmierć dyskotece”, przy którym ludzie tańcowali na dyskotekach, wywoływał rechot. Wczesny Lombard był schematyczny i banalny muzycznie, zaś warstwa tekstowa miała silny posmak hipokryzji. Nie pomagały efektowne partie gitarowe Piotra Zandera w piosenkach „Bye Bye Jimi” i „Znowu radio”. Dla kumatych dzieciaków to był zespół establishmentowy, dostarczający bezpieczny produkt do państwowych rozgłośni radiowych i na telewizyjne festiwale piosenki.

Coś w tym Lombardzie zmieniło się wraz z utworem „Znowu radio”, który stał się przebojem numer jeden po wygaszeniu stanu wojennego. Potem przyszedł szok. Inspirowana nową falą i synth popem (który wówczas nazywano nowym romantyzmem), mroczna, posępna, chwilami bliska wypolerowanemu industrialowi, ciężka i bardzo przebojowa, quasi-koncepcyjna „Szara maść”. Jako całość było to artystyczne opus magnum zespołu. Jednak na mnie większe wrażenie zrobiła, już nie tak konsekwentna i monolityczna, następna w kolejce płyta – „Anatomia”.

Ten krążek to w zasadzie dwa mini albumy. Dużo lżejsze i bardziej radiowe niż „Szara maść”. Łączy je właściwie tylko to. Strona A, zaśpiewana (także przez autorkę tekstów) Małgorzatę Ostrowską, to fantastyczna fuzja klasycznego rocka, elektronicznej nowej (wówczas) fali z sugestywnym, choć trochę przerażających ówczesnych chłopaków, manifestem nowej kobiecości. Jasne, wcześniej były te, które w ogóle rockowo popowy ferment lat osiemdziesiątych rozpoczęły – Izabela Trojanowska i Kora. Jednak pierwsza z nich śpiewała o kobiecym orgazmie słowami napisanymi przez mężczyznę. Poza tym, była zbyt glamour, by stać się wzorcem dla większości dziewczyn z tamtych czasów. Z kolei Kora dryfowała coraz wyraźniej ku artystowskim klimatom bohemy napędzanej gotówką prywatnych sponsorów. Fruwała zbyt wysoko, by zrozumiały ją młode kobiety pracujące w biurach czy sklepach – zwyczajne, fajne dziewczyny, które spotykało się wówczas na mieście. Ostrowska okazała się głosem doskonale oddającym ich wrażliwość, marzenia, fobie i lęki.

Udało się to nie tylko dzięki jej tekstom i zmysłowym, drapieżnym interpretacjom wokalnym. Wielka w tym zasługa Grzegorza Stróżniaka, którego kompozycje doskonale współgrają z tym, co i jak śpiewa Ostrowska. Z jednej strony to po prostu świetnie napisane klasyczne piosenki, jednak rozpisane na syntezatorowe podkłady i hard rockową gitarę aranżacje sprawiają, że piosenki „Anatomia – ja płynę, płynę”, „Ckliwy melodramat”, „Gołębi puch”, „Mam dość” i „Wstęga Möbiusa” stały się sugestywnym obrazem młodych Polek – zwyczajnych, a jednocześnie wyjątkowych.

Druga strona „Anatomii” to także kompozycje Stróżniaka, z popularną „Kryształową” na czele. Tyle, że tym razem także przez niego śpiewane, z tekstami napisanymi przez wytrawnych twórców konfekcji. Właśnie, konfekcji. To słowo do tej drugiej strony „Anatomii” najlepiej pasuje. Na dodatek jest zawstydzająco melodramatyczna. Okazało się, że Ostrowska i dziewczyny mają większe i dużo twardsze cojones niż płaczliwy Stróżniak i chłopaki.

Także: „Szara maść” jest lepsza, ale wolę wracać do pierwszej strony „Anatomii”.

Deuter – „1987” (1988) - okładka

Deuter – „1987” (1988)

Paweł „Kelner” Rozwadowski jest dziś wspominany jako jeden z ojców polskiego punka. Natomiast jego zespół Deuter to jeden z synonimów polskiej kultury alternatywnej lat osiemdziesiątych. Jednak Rozwadowski był kimś więcej niż tylko starym czy jednym z pierwszych punków, zaś Deuter czymś dużo więcej niż zespołem przygrywającym do pogo.

Dziś nikt o tym nie wspomina, ale jako pierwszy w Warszawie próbował przeszczepić na polski grunt taneczną nową falę i hip-hop. I, przynajmniej dla mnie, jego wkład w te sfery kultury jest dużo bardziej znaczący, niż punkowe korzenie.

O tym, że Deuter był zespołem wyjątkowym, świadczył już debiutancki singiel „Średniowiecze”/„Złe myśli” łączący punkowy brud z nowofalową ekspresją, soulem i funkowym flow. Jasne, blisko mu było do dokonań Talking Heads, ale to nie była podróbka tej grupy. Zresztą te skojarzenia mogą nasuwać się ze względu na podobieństwo barwy głosu Rozwadowskiego i Davida Byrne’a. Singiel przeszedł bez echa. Takie granie nie mieściło się w sferze zainteresowań rozkochanej w punku i reggae alternatywnej publiczności. Było zbyt popowe, komercyjne. A dla publiczności popowej – zbyt ekscentryczne, dziwne.

Jeszcze gorszy los spotkał debiutancki album Deutera. Płyta została albo wyśmiana, albo odrzucona. Czepiano się wszystkiego – od kompozycji, przez wykonanie, po brzmienie. Faktem jest, że „1987” zdecydowanie odbiegał od tego, czego wówczas słuchano i szanowano. No i wykorzystanie automatu perkusyjnego traktowano wówczas jak zdradę ideałów.

Po latach słychać, jak „1987” był płytą nowoczesną. Rozsadzał twarde schematy gatunkowe późnego PRL–u, śmiało łączył formaty uchodzące wówczas za niemożliwe do połączenia – popu i alternatywy. No i piosenka „Nie ma ciszy w bloku”. W epoce traktowana jak dziwowisko, dziś uchodzi – słusznie – za pierwszy utwór hip-hopowy. Słuchać także, że powszechnie wówczas odrzucane, uchodzące za prymitywne, brzmienie, nie było dziełem nieudolności i przypadku. To chłodne, bardzo surowe, pozbawione fajerwerków dźwiękowe krajobrazy nawiązujące to tych tworzonych przez pierwszą falę brytyjskich art i prog nowofalowców, których symbolem są dziś pierwsze dwie płyty Gang of Four.

Jasne, ta płyta nie jest arcydziełem, są tu kompozycje ewidentnie słabe („Cały świat” chwilami ociera się – chyba nieświadomie – o parodię ballady rockopolo), jednak na tle większości ówczesnych produkcji wyraźnie widać jej klasę. To album poszukiwań, czasem błądzenia, ale zawsze prowadzącego w rejony co najmniej interesujące.  

fot. Agnieszka Bolimowska

Jedyny polski portal o płytach winylowych. W sieci już od ponad 10 lat (wcześniej Psychosonda)

Dane kontaktowe

Redakcja Portalu Winylowego
(biuro e-words)
al. Armii Krajowej 220/P03
43-316 Bielsko-Biała

© 2026 Portal Winylowy. All rights reserved.