Damian Sikorski – autor piosenek, instrumentalista, ale także dziennikarz muzyczny – wraca z albumem „Tysiące chwil” (wyd. 33 Records). W rozmowie z Portalem Winylowym opowiada o kulisach powstawania płyty, autoterapeutycznej roli swojej muzyki oraz o osobistych przeżyciach, które wybrzmiewają w tekstach poszczególnych piosenek. Wspomina też o edukacji muzycznej, jaką funduje sąsiadom, gdy głośno słucha winyli.
Jakub Krzyżański: Czy te kwiaty, widoczne na okładce płyty, to są właśnie Twoje piosenki, które wystawiasz do ludzi?
Damian Sikorski: Zdecydowanie, bo płyta „Tysiące chwil” jest jak zbiór kwiatów. Delikatna, ale jednocześnie wyrazista. Zbudowana jest na różnych zmysłach, w tym na zapachu, dlatego oprawa graficzna idealnie pasuje do treści, a także warstwy muzycznej krążka.
Myślę, że to teksty nadają zapach tym kwiatom-piosenkom, jednak muzycznie jako całość jest pastelowa i subtelna.
Idealnie trafiłeś, początkowo chciałem ten album nazwać „Pastelowa”!
Z czego wynika ten charakter muzyczny? To odzwierciedlenie Twoich własnych fascynacji i tego, czego słuchasz prywatnie, czy też potrzeba chwili i odpowiedź na obecne czasy?
Wiesz co, jak wchodzę do studia i piszę piosenki, to nad wieloma rzeczami się nie zastanawiam. Nie sugeruję się tym, co jest obecnie grane ani obowiązującymi trendami. Wszystko wychodzi z mojego serducha. Nigdy nie było we mnie kalkulacji, bo tak naprawdę nie ma jednej recepty na dobrą piosenkę. Album nazywa się „Tysiące chwil”, bo jest zapisem ważnych chwil z mojego życia, które wydarzyły się po premierze debiutanckiego albumu „Wiosna” z 2024 roku. Można powiedzieć, że biorę słuchacza za rękę i oprowadzam różnymi moimi ścieżkami. Na dzień dobry zabieram go do „Podziemnej Odysei”, czyli do metra – mojego codziennego środka transportu do pracy. To właśnie w metrze wymyślam najwięcej historii, na podstawie obserwacji innych ludzi.
Mówiąc o obecnych czasach, miałem na myśli nie trendy muzyczne, tylko klimat społeczny – pełen niepokoju, napięć i stresu. Kiedy pierwszy raz posłuchałem piosenki „W samym środku”, pomyślałem, że wielu ludzi może się z nią utożsamiać, zwłaszcza z wersem „Równowaga to moje wszystko”. Pamiętasz moment, kiedy powstawał ten konkretny tekst? Co Cię zainspirowało do napisania takich słów?
Moja równowaga to miejsce, w którym się teraz znajduję, czyli mój dom. Moje wszystko. Żyjemy w szalonym świecie, bardzo niepewnym pod wieloma względami, chociażby sytuacji politycznej i globalnej. Często odzywa się we mnie strach i niepokój, i ten album faktycznie ma przypominać o szukaniu wewnętrznej równowagi. Nie tylko piosenka „W samym środku”, ale również „Dziękuję”. To jest właściwie trochę protest song na temat tego, żeby przestać narzekać i gonić przez cały czas nie wiadomo za czym. Zamiast być chomikiem w kołowrotku, podziękujmy, uśmiechnijmy się do ludzi i zauważmy fajne rzeczy, które nas otaczają. Nawet w tych trudnych chwilach życiowych, które każdy ma, można odnaleźć jakieś dobro, za które warto podziękować.
Skoro już mówimy o trudnych chwilach, powiedzmy też o piosence „Cień”, która na tej w większości pastelowej płycie wprowadza inny klimat. Czy jej tekst ma dla Ciebie wymiar osobisty?
Zdecydowanie, bo to jest utwór, w którym bardzo się otworzyłem i opowiedziałem o swojej sytuacji psychicznej. Miałem w życiu taki czas, który momentami jeszcze do mnie powraca, że zmagałem się ze stanami depresyjnymi, atakami paniki i chwilami przeciążenia. Nie jestem lekarzem i boję się używać słowa „depresja”, ale ten utwór porusza właśnie taki temat. Jednak kiedy go napisałem, poczułem się dużo lżej. Ogólnie cały ten album jest moją autoterapią, a utwór „Cień” jest jednym z najważniejszych w tym procesie. Podobnie było z piosenką „Tata” na pierwszej płycie. Widzisz, ja nigdy nie przepracowałem śmierci mojego taty, a powinienem był to zrobić. Tak samo kiedyś, jako młody człowiek, miałem wypadek na rowerze i do dzisiaj pod wieloma względami mam lęk jazdy samochodem. Panicznie się tego boję, bo myślę tylko o tym, że komuś z moich bliskich może stać się krzywda. To są rzeczy, które siedzą w mojej głowie i niekoniecznie dobrze wpływają na samopoczucie psychiczne. Utwory takie jak „Cień” i „Tata” pomagają mi przez to wszystko przejść. Rozmawiałem z wieloma muzykami i doszliśmy do wniosku, że o pewnych sprawach trudno jest mówić, ale o wiele łatwiej napisać piosenkę.
Piszesz tak intymne piosenki, ale sam ich nie śpiewasz – w Damian Sikorski Projekt jesteś autorem i instrumentalistą. Musisz mieć duże zaufanie do Penelov (Pauliny Krzemińskiej), głównej wokalistki, powierzając jej swoje teksty.
To prawda. Poznałem Paulinę kilka lat temu, gdy zadebiutowała w mojej audycji. Zadziałał na mnie nie tylko jej wokal, ale przede wszystkim osobowość. Była jedną z pierwszych osób, do której zadzwoniłem, pisząc debiutancki album „Wiosna”. Zaprosiłem ją wtedy do zaśpiewania tytułowej piosenki. Gdy nadała jej swoją barwę i wrażliwość, bardzo to ze mną rezonowało. Później Paulina i Michał Kowalonek dołączyli do mojego stałego składu koncertowego, a gdy zacząłem pisać album „Tysiące chwil”, postanowiłem, że to jej głos poprowadzi słuchacza przez całą nową płytę. Wiedziałem, że to dobra decyzja, bo doskonale się rozumiemy. O niektórych tekstach nie musieliśmy nawet rozmawiać, bo jak je przeczytała, to od razu weszła w ten świat.
Kolejną ważną postacią na Twoim albumie jest Szymon Pałyz, producent. Jak przebiegała współpraca Waszej dwójki? Było to zespołowe, wspólne działanie, czy panował wyraźny podział ról?
Sprawa jest prosta. Album jest mój, ja skomponowałem te piosenki, napisałem teksty, nagrywałem w swoim domu wiele instrumentów i w formie demówek wysyłałem Szymonowi. Później jechałem do niego do studia i zaczęliśmy rejestrować te utwory już na czysto, czasami korzystając z tych moich domowych ścieżek. Oczywiście rozmawialiśmy na temat brzmienia, ale to nie była praca na zasadzie robienia wszystkiego razem. Miałem do Szymona pełen szacunek i nie wchodziłem na jego teren. Rola producenta jest dla mnie bardzo ważna i uważam, że każdy muzyk, jeśli pracuje z jakimś producentem, powinien o nim wspominać. To nie jest człowiek, który siedzi tylko przy stole mikserskim czy komputerze i włącza „Play”, ale współtwórca albumu.
A skoro już rozmawiamy o osobach zaangażowanych w moją płytę, wymieniłbym jeszcze Michała Kowalonka, wokalistę w piosenkach „Świat barw” i „Romans”, Del-M rapującego w „Dziękuję”, Hanię Wylandowską, która zagrała na skrzypcach w utworze „W samym środku”, a także mojego brata Tomka Sikorskiego, autora m.in. gitarowej solówki w „W powietrzu”.
Twój album ma taki klimat, że bardzo pasuje do winylowego formatu i świadomego, rytualnego słuchania muzyki. A czy Ty zgodzisz się, że pewne gatunki lepiej się sprawdzają na tym nośniku?
Cieszę się, że tak powiedziałeś, bo ja od początku uważałem, że album „Tysiące chwil” musi się ukazać na winylu. Ma w sobie tyle ciepła, że gdyby był porą roku, to z pewnością byłby wiosną, czyli starszą siostrą debiutanckiej „Wiosny”. I właśnie taka muzyka alternatywno-popowa idealna jest na winyl. Chociaż powiem Ci, że ja lubię też słuchać na winylu takich płyt jak „Up” Petera Gabriela, „Thriller” Michaela Jacksona, no i całej dyskografii The Beatles. Nie wiem, jak z muzyką elektroniczną – techno, dance – bo takiej nie posiadam, ale pewnie wiele gatunków nadaje się na ten nośnik. Jeśli chodzi o hip-hopowych artystów, to mam jeden album na winylu – Bilon i Nowa Ferajna, bo jestem w ich składzie koncertowym. Myślę, że w słuchaniu winyli chodzi nie tylko o brzmienie i jakość dźwięku, ale o podejście do muzyki z namaszczeniem – rozpakowywanie, nastawianie igły, przekładanie płyty itp. Korzystając z okazji, pozdrawiam swoich sąsiadów, bo gdy słucham winyli, to ich mocno edukuję, dając głośniej.
Ale „Thrillera” to pewnie znają?
No właśnie powiem Ci, że niekoniecznie. Raz na przykład jeden z moich sąsiadów, gdy włączyłem Beatlesów, zapytał mnie, czego słucham, bo to jest super.
Opowiedz proszę, jak skrzyżowały się Twoje ścieżki z 33 Records?
Znamy się od dawna, bo jestem dziennikarzem muzycznym, a artyści z ich stajni często do mnie trafiali. Kiedyś zaprosili mnie też jako jurora do swojego konkursu. Bardzo szybko zatrybiło między mną a Marcinem i Jarkiem. A że byłem już po premierze „Wiosny” i pomalutku zaczynałem pracę nad drugą płytą, jakoś tak naturalnie wyszło w naszych rozmowach, że podpisaliśmy kontrakt. To była bardzo solidna, konkretna współpraca z nimi jako wytwórnią i jestem za nią bardzo wdzięczny. A to, że jeszcze są fanami tego jedynego, wyjątkowego nośnika, jeszcze mocniej nas spaja.
Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na trasie promującej „Tysiące chwil”!
Damian Sikorski Projekt – Koncerty Tysiąca Chwil:
12.04 – Pszczyna
14.04 – Warszawa
15.05 – Opole
26.07 – Poznań
25.09 – Rzeszów
Autorka zdjęć: Ania Powałowska