DrySkull (właśc. Robert Krawczyk) od lat komponuje i produkuje utwory najpopularniejszych polskich artystów. 27 marca 2026 roku wydał swój solowy producencki album pt. „SALON”, na którym pojawiają się m.in. Krzysztof Zalewski, Mrozu, IGO, Lanberry, Zalia, Wojciech Baranowski czy WaluśKraksaKryzys. W rozmowie opowiada nam o kompletowaniu gości na płytę, podejściu do tworzenia przebojów oraz kondycji polskiego rynku muzycznego. Zapowiada także winylową wersję „SALONU”.
Jakub Krzyżański: Od kilkunastu lat pracujesz z największymi gwiazdami polskiej sceny. Czy po takim czasie masz już opracowany przepis na przebój?
DrySkull: Myślę, że taki mój osobisty mam i jest on troszeczkę inny, niż większości producentów bądź wykonawców obecnych na rynku. Chodzi w nim o to, żeby nie myśleć o zrobieniu przeboju. Nie słuchać jakiejkolwiek racjonalnej sugestii, która pojawia się w głowie podczas pracy, tylko w pełni oddać się spontaniczności. Mnie zależy na tym, żeby powstała piękna piosenka, która wniesie jakąś wartość. A wierzę bardzo w ludzi i z doświadczenia wiem, że oni naprawdę potrafią uważnie słuchać muzyki. Jeśli piosenka jest szczera i niesie emocję, która z nimi rezonuje, to chcą do niej wracać. A wtedy pojawia się szansa na przebój.
A czy współczesny rynek muzyczny narzuca artystom jakieś warunki albo ograniczenia, by ich twórczość mogła osiągać tak duże zasięgi, jakimi cieszą się Twoje produkcje?
Być może, ale nigdy nie próbowałem się w te ramy dopasować. Zawsze robiłem swoje. Może po prostu mam gust, który sprawia, że te piosenki dobrze się bronią. Myślę też, że jestem mocno osłuchany, bo od najmłodszych lat wychowywałem się w szerokim spektrum gatunkowym. Z jednej strony byłem w szkole muzycznej i słuchałem muzyki klasycznej, z drugiej starszy brat w domu bardzo szybko pokazał mi Pink Floyd. Grzegorza Turnaua słuchałem jak miałem 5 lat. W domu rodzinnym zawsze obecny był też Jonasz Kofta i Marek Grechuta, co wyczuliło mnie także na słowo w piosence. Później, jak byłem starszy, kuzyn pokazał mi świat hip-hopu, kiedy ja jednocześnie słuchałem punk rocka. Potem pojawiła się elektronika, zaczynałem od takich klimatów, jak AIR, Archive albo Bonobo, aż na stałe wjechało u mnie Gorillaz. No i jeszcze Michael Jackson, Simply Red i cała scena popowa lat 90. Ja to wszystko lubiłem, chłonąłem i czerpałem z tej muzyki jakąś naukę. Kiedy już podjąłem się produkcji, siadając do utworu, marzyłem sobie na przykład, by brzmiał tak, jakby go śpiewał właśnie Simply Red albo Prince. Wszystkie moje produkcje są więc wynikiem muzyki, którą w życiu poznałem.
Autor zdjęć: Karol Małecki
Własny, solowy album tworzy się inaczej niż płytę albo singiel dla innego wykonawcy? Czułeś jakieś różnice w sposobie pracy nad „SALONEM” względem wcześniejszych realizacji?
Wiesz, ciężko jest mi mówić o jakichkolwiek różnicach albo podobieństwach, bo każdy projekt traktuję wyjątkowo i każdy jest dla mnie tak samo ważny. W przypadku pracy na rzecz innych, za co jestem bardzo wdzięczny, artyści na tyle mi ufają, że razem przechodzimy przez cały proces ustalania brzmienia albo kształtu utworu. Starałem się, żeby przy mojej płycie „SALON” też tak było. Nie chciałem żadnemu wokaliście narzucać kierunku ani oczekiwać wyłącznie podporządkowania się. Zależało mi, aby to były także ich piosenki, nawet jeśli posiadają szereg zabiegów produkcyjnych i aranżacyjnych, które powoli zaczynają już się ze mną kojarzyć. W muzyce kręci mnie eklektyzm i gdybyśmy zebrali wszystkie moje kompozycje w jeden długi album, to proporcjonalnie byłby on tak samo zróżnicowany, jak te 13 utworów zawartych na „SALONIE”.
Zestaw gości na albumie jest imponujący. Z niektórymi miałeś już okazję współpracować, m.in. z Mrozem, Wojciechem Baranowskim czy Lanberry. A z kim przy okazji „SALONU” spotkałeś się po raz pierwszy?
Nigdy wcześniej nie tworzyłem np. z Zalią, Błażejem Królem i IGO. Z Grubsonem też tak naprawdę po raz pierwszy pracowałem, choć znamy się prywatnie od lat. Podobnie z Jagodą Kret – mimo że się przyjaźnimy, to wcześniej też nie było okazji, żeby zrobić razem jakiś projekt. Ale odpowiadając na Twoje pytanie, osobą, którą po raz pierwszy zobaczyłem w momencie, gdy weszła do studia, był WaluśKraksaKryzys. Na początku tylko słuchałem jego gry na gitarze i starałem się jak najwięcej z tego zapisać, a dopiero potem przeszliśmy do konkretnej pracy. Z kolei z Błażejem Królem, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, załapaliśmy taki kontakt, jakbyśmy byli kolegami z ławki w poprzednim wcieleniu. Tak więc stosunek starych znajomych i artystów nowo poznanych to mniej więcej pół na pół. Z niektórymi już trochę podziałałem, z innymi mam nadzieję, że jest to początek pięknej przyjaźni.
Projekt graficzny okładki: Natalia Jura
Jaki był w takim razie klucz dobierania gości? Czym Cię urzekli zwłaszcza ci, z którymi wcześniej nie pracowałeś?
Wszyscy ci artyści urzekają mnie tym samym: unikatowością w swoim głosie, stylu komponowania, żywej emocjonalności, która w ich piosenkach występuje i podłożu lirycznym towarzyszącym tym wszystkim kompozycjom. To ludzie, którzy mi po prostu imponują, a moim marzeniem było zebrać grupę, przy której wiem, że czegoś się nauczę. Każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy. I ten ich oddzielny, osobny kolor jest czymś, czym chciałem wymalować ściany mojego „SALONU”.
Na Twojej płycie wyraźnie słychać ten odrębny styl poszczególnych wokalistów. Np. piosenka Wojtka Baranowskiego – „Zostanę tu z Tobą” – brzmi dokładnie jak piosenka Baranowskiego. Z kolei w „Ciebie brak” od razu można rozpoznać Zalię. Tymczasem wielu ludzi twierdzi, że współczesny polski pop brzmi tak samo. Spotykasz się czasem z takimi zarzutami? Jak na nie reagujesz?
Mało tego, sam niejednokrotnie tak mówię. Ale wszyscy wykonawcy z mojej płyty to są wokaliści unikatowi, z własnym stylem, którzy szybko doczekali się swoich naśladowców. I tutaj docieramy do sedna problemu, ponieważ o ile mamy w tym kraju świetnych pionierów, mamy również genialnych odtwórców. A kiedy raz coś się udaje, człowiekowi w naturalnym toku rozumowania przychodzi do głowy, żeby to powtórzyć, z nadzieją na ponowny sukces. W ten sposób tworzą nam się trendy, szczególnie wśród młodych artystów, którzy po prostu odklejają jak od kalki jeden pomysł od drugiego. Wówczas faktycznie wszystko jest do siebie podobne. Jednak – co udowodniłem moją płytą – tych oryginalnych, charakterystycznych głosów jest sporo i nie musimy się obawiać o różnorodność naszej sceny.
Czy jest coś jeszcze we współczesnej muzyce, co Cię irytuje, albo nie do końca Ci odpowiada?
Oczywiście, że tak. Czasami odzywa się we mnie malkontent, tylko z poszanowania wolności każdego człowieka nie lubię publicznie zabierać głosu na ten temat. Nie czuję się jakąkolwiek wyrocznią, żeby nadawać ludziom swój tok rozumowania i nakłaniać ich do podobnego myślenia. Każdy ma prawo do swojego zdania i ja również, jak każdy słuchacz, czasem narzekam. Sytuacji do narzekania jest w tym kraju, jak i na całym świecie, mnóstwo. Ja natomiast wolę szukać pozytywów niż skupiać się na negatywach.
Jasne, w takim razie zapytam o pozytywy. Kto w ostatnich kilku latach wprowadził do polskiej muzyki najwięcej świeżości? Kto jest osobowością, a nie wspomnianym naśladowcą?
Wierzę, że duża przyszłość czeka zespół Sad Smiles, którego jestem fanem i którego poczynania obserwuję, przypominając sobie siebie, gdy byłem w ich wieku i też chciałem muzykę rockową pchać naprzód. Myślę, że oni ze względu na swój wiek, entuzjazm, siłę, ale też niewątpliwy talent, są w stanie na tym naszym poletku mocno namieszać. Życzę im tego, bo poziom reprezentują wysoki. Jest jeszcze sporo innych zespołów – np. Metro, który też genialnie odnajduje się w takiej komercyjnej alternatywie. Wracając jeszcze do mojej płyty, zdecydowanie Zalia. Gdy pierwszy raz ją usłyszałem, od razu wiedziałem, że to przyszła królowa popu w Polsce i jest dziś na dobrej drodze, by zyskać to miano. W świecie hip-hopu świetnie działa Kosma Król, który nagle zrobił wielki zwrot i powrócił do muzyki lat 90.
Jest masa zdolnych, fajnych wykonawców, byleby tylko jeszcze ludzie chcieli przychodzić na ich koncerty tak samo chętnie, jak przychodzą na festiwale, gdzie tych wykonawców na jednej scenie występuje dziesięciu. Sam jestem fanem festiwali, kocham Męskie Granie na zabój i zastanawiam się, jak to rozwiązać. Myślę, że powinno być tak, jak z tymi książkami, które 1 stycznia obiecujemy sobie przeczytać w ciągu roku. Moim marzeniem jest, żeby każdy polski słuchacz miał podobne postanowienie: pójść przynajmniej na dziesięć koncertów wykonawców z naszej sceny, których jeszcze nie zna – raz, żeby ich wesprzeć, a dwa, żeby przekonać się, że jednak nie wszyscy grają tak samo.
Pomówiliśmy już o „SALONIE” – albumie, a teraz przejdźmy do Twojego domowego salonu. Czy znajdziemy w nim jakieś miejsce na kolekcję winyli?
Wiesz, mój salon i album „SALON” to tak naprawdę jedno i to samo, bo właśnie stąd wziął się tytuł – tutaj miały miejsce moje spotkania z artystami i powstała większość nagrań. A winyli trochę posiadam, chociaż pewnie jeszcze jest za wcześnie, żeby nazywać to kolekcją. Cały czas mam więcej płyt CD niż winylowych, ale pracuję, żeby to zmienić. Szczególnie od czasu, kiedy zacząłem polować na wszelkie możliwe rarytasy od Damona Albarna, np. pierwsze wydania Gorillaz. Mam też taką perełeczkę z 2003 roku, jak wyszło „Think Tank” Blur i zespół pojechał w trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych. Tam Damon nagrał na dyktafon kilkadziesiąt piosenek, których nikt nigdy miał nie usłyszeć, ale stwierdził tak po prostu ad hoc, że je wyda na winylu. Wyszła z tego dwupłytowa epka „Democrazy”, wytłoczono tego dosłownie kilka tysięcy sztuk na cały świat. Mam też specjalne wydanie „Wish You Were Here” Pink Floyd z okazji pięćdziesięciolecia i trochę winyli z albumami, w tworzeniu których brałem udział – na pamiątkę. Tylko sprzętu mi w tym momencie brakuje i to jest największy ból, że nie mam tego na czym słuchać. Teraz premiera płyty mnie pochłonęła, ale walczę, żeby to się jak najszybciej zmieniło. Wtedy będę mieć dodatkową motywację, żeby budować kolekcję.
A czy Twój „SALON” też ukaże się na winylu?
Na ten moment mogę już powiedzieć, że tak. Jeszcze nie zdradzę daty premiery, ale do tego czasu na pewno zaprezentuję kilka niespodzianek związanych z tym albumem. Powiem tylko, że jeżeli komuś spodobała się okładka wersji digitalowej, to prawdopodobnie zostanie jeszcze większym fanem okładki winylowej. Równolegle pracuję też nad zagraniem materiału z „SALONU” live, chociaż przy tak dużym składzie artystów, którzy mają po brzegi wypełnione kalendarze, to będzie logistyczne Kilimandżaro. Mam jednak wokół siebie bardzo wielu dobrych ludzi i wierzę, że to się uda. Premiera płyty winylowej będzie dobrą okazją, żeby o to zawalczyć.
Dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki.