Wywiady

Jacko Brango: Wierzę, że jeszcze wrócą dobre czasy dla gitar

Jakub Krzyżański
Jakub Krzyżański
23.10.2026

Jacko Brango (właśc. Szymon Paduszyński) wydaje na winylu swój zeszłoroczny, nominowany do Fryderyków debiut „Za dużo gitar”. Rozmawiamy z artystą o gitarowym brzmieniu, z którym wciąż niełatwo przebić się do polskich komercyjnych rozgłośni, kulisach powstawania oryginalnej okładki i drodze od gitarzysty w zespole Krzysztofa Zalewskiego do solowej kariery. Pytamy również o osobisty wymiar jego piosenek.

Jakub Krzyżański: Czy określenie „za dużo gitar” w ogóle istnieje w twoim słowniku? 

Jacko Brango: Nie, zupełnie nie, zarówno jeśli chodzi o posiadanie gitar w domu, jak i wykorzystywanie ich w muzyce. Tytuł mojego albumu jest oczywiście ironiczny. Gitara ma mnóstwo kolorów i odcieni, choć często kojarzy się ją wyłącznie z taką szorstką fakturą, co ja akurat osobiście bardzo lubię. Boli mnie natomiast, że osoby decyzyjne w komercyjnych rozgłośniach zamykają się na gitarowe brzmienia. Kiedy zgłosiłem jeden ze swoich singli do dużej rozgłośni, usłyszałem komentarz: „Fajna piosenka, przebojowa, i ten koleś też jest nawet ciekawy, ale za dużo gitar, to nie pójdzie”. To przykre, zwłaszcza że takie podejście dotyczy tylko polskich artystów, a w tym samym czasie można usłyszeć na antenie np. Måneskin i nikogo te zagraniczne gitary nie bolą. 

Jak myślisz, z czego wynika ta obecna niechęć do gitarowej muzyki?

Nie mam pojęcia, nikt nigdy mi tego nie wytłumaczył. Mogę się tylko domyślać, że z badań rynku wynika, iż słuchacze komercyjnych rozgłośni chcą mieć w tle coś, co nie będzie ich rozpraszać. Taka muzyka ma być przyjemna, łatwa w odbiorze i nie powinna za bardzo wychodzić przed szereg. Tylko że trudno mi zrozumieć, dlaczego podobne zasady nie obowiązują zagranicznych wykonawców. Mam wrażenie, że polscy artyści muszą się zmieścić w określonych ramach i dać się łatwo zaszufladkować, a wszystko, co wykracza poza ten schemat, staje się problemem. 

A przecież jest tyle nieśmiertelnych hitów opartych na gitarach, które dostarczają świetnej rozrywki… 

No właśnie. Wierzę, że jeszcze wrócą dobre czasy dla gitar. Często tak bywa, że coś, co jest początkowo niszowe lub alternatywne, przebija się potem do szerszej publiczności. Fajnie, gdyby tak się stało, bo nie brakuje zespołów, które na to zasługują. Dobrym przykładem jest Fontaines D.C. Chciałbym, żeby więcej ludzi odkryło taką muzykę.

Mimo że radio z ostrożnością podchodzi do gitar, twoja muzyka jest bardzo melodyjna, przystępna i przyjazna dla tego medium. Co pociąga cię w takiej formule?

Wiesz, ja po prostu lubię piosenki. A muzyka rockowa często jest przecież oparta na formach piosenkowych i melodyjności. Do tego dochodzi charakterystyczna faktura brzmienia, która może być bardzo różnorodna. Z jednej strony mamy mocno przesterowane gitary, jak na przykład u Limp Bizkit, którzy – umówmy się – też miewali przeboje. W przypadku Rage Against the Machine gitary są bardziej “dziangowate”, choć nadal słychać, że są przesterowane. Z kolei w zespołach indie rockowych często mamy do czynienia z czystymi gitarami. Wszystko to mieści się w kategorii rockowych piosenek, a nierzadko również przebojów. Więc tak, gitara daje wiele możliwości.

Jednocześnie poruszasz w swoich piosenkach trudne i ważne tematy, czego przykładem jest chociażby „Jak naprawić głowę”, która opowiada o zdrowiu psychicznym i kryzysie emocjonalnym. Skąd u ciebie potrzeba napisania takiego tekstu?

Traktuję tę piosenkę na różne sposoby, w zależności od momentu w życiu. Z jednej strony była dla mnie pewnego rodzaju autoterapią. Pozwoliła mi przyznać się samemu przed sobą do pewnych rzeczy, zauważyć je i nazwać. Z drugiej strony pomyślałem, że łatwiej nam, kiedy widzimy, że inni borykają się z podobnymi problemami. To była więc również moja próba wyciągnięcia ręki do słuchaczy, zwłaszcza mężczyzn. Mam wrażenie, że wizerunek prawdziwej męskości wciąż zakłada, że facet powinien być rycerzem w złotej zbroi, który zawsze zaciska zęby i nigdy nie okazuje słabości. Tymczasem statystyki dotyczące samobójstw jednoznacznie pokazują, że cztery piąte osób, które odbierają sobie życie, to mężczyźni. Myślę, że ma to związek między innymi z tym, że unikamy płaczu, nie chcemy przyznawać się do trudności i obarczać nimi innych. Dlatego tak ważne jest dla mnie, żeby zacząć rozmawiać o szukaniu pomocy. Terapia nie jest tylko dla mazgajów. Wszyscy jesteśmy ludźmi i każdy z nas napotyka sytuacje, z którymi nie potrafi sobie poradzić, albo mierzy się z problemami, których w pewnym momencie jest po prostu za dużo. Trzeba umieć sięgnąć po pomoc i przede wszystkim nie bać się tego.

Równie osobistą piosenką jest „Tato”. Napisałeś ją zaledwie miesiąc po śmierci swojego taty. Jak dziś funkcjonujesz z tym utworem? Czy z czasem udało ci się nabrać do niego dystansu i spojrzeć na niego również z zawodowej perspektywy, na przykład podczas prób, koncertów czy ostatnio, przy odsłuchu testpressu winyla?

Niestety, bardzo trudno jest pójść naprzód z takimi przeżyciami, mimo że od śmierci mojego taty minęło już kilka lat. Próbowałem potraktować tę piosenkę, jak to nazwałeś, zawodowo. Podczas pierwszej trasy, zaraz po premierze płyty, grałem ją na żywo, ale przy kolejnej, wiosennej trasie wypadła z setlisty. Uznałem, że to za dużo mnie kosztuje, by był to stały element koncertu. Stanowi zapis bardzo konkretnego momentu w moim życiu i trudnych przeżyć, do których nie zawsze chcę wracać. Podobnie było podczas odsłuchu testpressu. To również był moment refleksji, ale raczej mało przyjemnej. Nawet mimo upływu kilku lat ten utwór wciąż wywołuje we mnie gwałtowne, burzliwe emocje.

Od kilku lat grasz również w zespole Krzysztofa Zalewskiego. Czy od początku traktowałeś rolę sidemana jako jeden z etapów swojej drogi, czy pomysł rozpoczęcia solowej kariery pojawił się dopiero później?

Przez bardzo długi czas myślałem, że będę tylko gitarzystą, i unikałem kwestii związanych ze śpiewaniem czy pisaniem tekstów. Wydawało mi się, że to po prostu nie moja działka. Gdzieś po drodze okazało się jednak, że chcę opisywać swoje przeżycia, przemyślenia i własną historię. Mimo że nie rozwijałem się wokalnie, bo uważałem, że moją ścieżką jest gra na gitarze, w pewnym momencie ni stąd ni zowąd napisałem piosenkę. Okazało się, że w jakiś magiczny sposób potrafię to robić. Była to naturalna potrzeba takiego kreatywnego upuszczenia krwi. Często są to trudne piosenki, ale czasami chodzi po prostu o poszukiwanie pozytywnych albo dowcipnych spostrzeżeń czy zabawę słowem. Nie zawsze wszystko musi się wiązać z trudnymi przeżyciami. Nie było w tym więc żadnego kalkulowania, tylko potrzeba wyśpiewania własnych myśli. Śpiew jest przecież pewnego rodzaju pierwotnym sposobem wyrażania emocji. Kojarzy mi się z krzykiem, z czymś bardzo naturalnym dla człowieka jako gatunku. Zawsze mnie to pociągało i zawsze lubiłem śpiewać, ale wcześniej wydawało mi się, że to nie jest coś dla mnie. Teraz czuję, że to właśnie kierunek, który chcę rozwijać.

Czy kariera Krzysztofa jest dla ciebie punktem odniesienia, jeśli chodzi o kierunek własnej drogi i to, gdzie chciałbyś być za kilka lat? A może masz na siebie zupełnie inny pomysł?

Przede wszystkim trzeba podkreślić, że od zawsze byłem wielkim fanem Krzyśka, od kiedy zobaczyłem go w „Idolu”. Przez te wszystkie lata śledziłem to, co się u niego działo, i byłem kilka razy na jego koncertach. Sam cały czas zajmowałem się muzyką, więc można powiedzieć, że w pewnym sensie spełniło się moje marzenie: mogłem nawiązać współpracę z idolem z czasów nastoletnich. Okazało się, że jest to miejsce, w którym dobrze się czuję, również ze względu na stylistykę Krzyśka, bliską moim muzycznym korzeniom, i jego wrażliwość. Nie boi się mówić o trudnych rzeczach, a jednocześnie ma w sobie rock'n'rollową drapieżność. Czuję, że nie jestem tam przypadkowo. To, że nasze drogi się przecięły, jest dla mnie bardzo pozytywnym zrządzeniem losu.

Czy mam inny pomysł na siebie? Myślę, że mimo wspólnych upodobań jesteśmy różnymi ludźmi i inaczej patrzymy na wiele kwestii. To, co nas odróżnia, to przede wszystkim narracja i styl wypowiedzi. Łączy nas natomiast rock'n'rollowy background. Zdecydowanie postać Krzyśka i jego kariera są dla mnie inspirujące.

Twój debiutancki album właśnie ukazuje się na winylu, dzięki czemu jego charakterystyczna okładka może zaistnieć w jeszcze większym formacie. Opowiedz, jaka jest historia tego dzieła.

Wszystko wydarzyło się zupełnie przypadkowo. Okładkę namalował Michał Żytniak, artysta mieszkający w Warszawie, który ma bardzo charakterystyczną kreskę i własny styl malarski. Szczęśliwie się złożyło, że moja żona, która jest projektantką wnętrz, poznała Michała, bo jej klienci zamawiali jego obrazy. Od słowa do słowa okazało się, że Michał ma przestrzeń, żeby spróbować namalować mój portret. Jak sam później skomentował, bardzo przyjemnie mu się mnie malowało. No i oto efekt.

Kiedy wysłał mi zdjęcie obrazu, od razu wiedziałem, że mam doskonałą okładkę. Jest bardzo charakterystyczna i ma w sobie pewien rodzaj brudu, który bardzo lubię. Nikt nie ma też wątpliwości, że to jest moja facjata. Kilkakrotnie zdarzyło się już, że kiedy nosiłem moją bluzę z tym portretem na piersi, tak mam takie bluzy (śmiech), ktoś powiedział mi “ten na bluzie to do pana podobny”. Bardzo się cieszę, że udało się zrealizować tę okładkę w taki sposób i z tego miejsca serdecznie pozdrawiam Michała.

A gdzie jest oryginał? Masz go w domu? 

Oczywiście, stoi u mnie na honorowym miejscu, na pianinie. 

Dziś promocja winyla często przebiega zupełnie inaczej niż np. premiera pojedynczych singli. Modne są obecnie tzw. listening party i często organizują je niezależne sklepy muzyczne. Masz przed sobą pierwsze takie wydarzenie w kawiarni Artcaf we Wrocławiu. Co myślisz o tego typu spotkaniu z publicznością, które nie jest koncertem? 

Wiesz co, powiem ci, że zawsze czuję się trochę skrępowany, kiedy ktoś słucha mojej muzyki w mojej obecności. Jeszcze przed premierą winyla zdarzało się tak, że byłem w towarzystwie ludzi, którzy niekoniecznie dobrze się znają, i gdy padała informacja, że zajmuję się muzyką, natychmiast ktoś mówił: „O, to pokaż, co robisz”. Wtedy zaczynają się wyszukiwania na YouTubie w telefonie i odsłuchy. Dla mnie to dość krępująca sytuacja. Dlatego na moim spotkaniu autorskim oczywiście będzie odsłuch winyla, ale zaplanowałem też rozmowę z redaktorem, którego bardzo lubię i szanuję. Do tego zagramy krótki, akustyczny set. Nie wyobrażam sobie, żeby podczas takiego spotkania nie wystąpić na żywo. Muszę mieć poczucie, że coś robię, że jestem w tym momencie aktywny, a nie tylko siedzę bezczynnie. Wtedy takie spotkania mają dla mnie więcej sensu.

Dzięki za rozmowę.

fot. materiały promocyjne

Jedyny polski portal o płytach winylowych. W sieci już od ponad 10 lat (wcześniej Psychosonda)

Dane kontaktowe

Redakcja Portalu Winylowego
(biuro e-words)
al. Armii Krajowej 220/P03
43-316 Bielsko-Biała

© 2026 Portal Winylowy. All rights reserved.