Martyna Jakubowicz wraca do swoich starszych albumów, ale nie ogląda się wyłącznie wstecz. Z okazji zbliżającego się 50-lecia artystycznej działalności przygotowała winylowe reedycje albumów „Tylko Dylan” i „Dziewczynka z pozytywką Edwarda”. Jednocześnie pracuje też nad nowymi piosenkami. W rozmowie z Portalem Winylowym opowiada o niezależnym wydawaniu muzyki, podejściu do dawnych nagrań oraz swoich muzycznych korzeniach.
Jakub Krzyżański: Pani fani mają ostatnio powody do radości. Najpierw ukazała się winylowa reedycja albumu „Tylko Dylan”, a niedługo światło dzienne ujrzy wznowienie „Dziewczynki z pozytywką Edwarda”. Co sprawiło, że właśnie teraz wróciła pani do tych płyt?
Martyna Jakubowicz: Jakiś czas temu zakończyłam współpracę z dużymi wydawcami. Nie ma w tym żadnej sensacji. Nie jestem dla nich wystarczająco interesującą propozycją także dlatego, że nie tworzę tzw. muzyki popularnej, a przecież korporacjom chodzi o zyski. Moje płyty pozostające w gestii takich wydawnictw jak Sony czy Universal są po prostu ich własnością, a co za tym idzie, nie mogę nimi dysponować. Moich płyt w sprzedaży nie ma. Można kupić je czasem na Allegro za całkiem pokaźne kwoty. Zbliża się moje 50-lecie i te dwa wydawnictwa, wytłoczone w limitowanej, małej ilości, są prezentem dla fanów.
„Tylko Dylan” w nowej edycji otrzymał zmienioną szatę graficzną, a album wyszedł na czerwonym winylu. Czy wznowienie „Dziewczynki z pozytywką Edwarda” również będzie się różniło od pierwszego wydania?
Tak. Szata graficzna będzie inna. Znajdzie się w tym wydaniu nieco więcej zdjęć Jacka Poremby, z którym współpracuję od lat. Na sesji zdjęciowej „Dziewczynki...” powstał obrazek, z którym kojarzy się ta płyta. W odświeżonej, zmasterowanej na nowo płycie na pewno to zdjęcie się pojawi, ale w nieco innej wersji. Zostało skopiowane i narysowane przez Andrzeja Jarodzkiego, który stworzył także rysunki do klipu „Patrzę blada”.
Wspomniała pani, że starsze, używane płyty osiągają na internetowych aukcjach wysokie ceny. Takim białym krukiem jest już np. winyl „Patchwork” albo kompaktowa kompilacja „Total”. Czy świadomość, że kolekcjonerzy potrafią zapłacić za pani dawne płyty tak dużo pieniędzy, potrafi w jakiś sposób połechtać artystyczne ego, czy jednak wprawia w lekkie zakłopotanie?
Domyślam się, że te płyty są kupowane ze względu na sentyment, ale pewnie też dlatego, że część osób inwestuje w winyle. Będą one stały na półkach i nabierały „mocy”. Zakłopotanie czy łechtanie nie ma tu nic do rzeczy. Jest po prostu fajne, że po prawie pięćdziesięciu latach jeszcze jesteś. Zaskoczyło mnie natomiast, że tak wielu ludzi zbiera winyle. Myślę, że słowo „kolekcjonuje” jest bardziej właściwe. To spora grupa przywiązująca duże znaczenie do jakości dźwięku i oprawy graficznej. To powoduje, że jako producent cały czas się uczę :)
Wydawanie obu tych reedycji na winylu jest dla pani przede wszystkim odpowiedzią na dużą popularność tego nośnika czy wynika raczej z osobistego sentymentu do winyli?
Nie jestem cyfrowa. Mam analogowy mózg i wolę słuchać muzyki ze starych płyt. Teraz wszystko i tak przechodzi przez cyfrowy system, więc na nowych wydawnictwach nie ma już brzmienia tych naprawdę „starych” płyt. Nie wiem, jaką popularność mogłabym osiągnąć jako wydawca liczący na duże zyski. Stworzyłam Klub Artystki i powstało małe grono fanów zbierających moje płyty. A jak to się dalej potoczy, to zobaczymy.
A jak często sięga pani po winyle?
W tej chwili mamy remont w domu i wszystko jest spakowane. Żeby posłuchać „Tylko Dylana”, musieliśmy pojechać do znajomych, ale to się skończy i wszystko wróci do normy.
fot. Jacek Poremba
Część pani kolegów i koleżanek przy okazji reedycji decyduje się nadać swoim dawnym nagraniom świeże brzmienie. Np. Urszula nagrywa od zera całe stare płyty, a Krystynie Prońko zdarza się zachowywać oryginalne podkłady z dogranym, współczesnym wokalem. Co pani sądzi o tak dużej ingerencji w albumy sprzed lat? Nie kusiło panią, żeby w swoich płytach również coś zmienić albo poprawić?
Pewne rzeczy w mojej branży robi się po to, aby „się kręciło”, aby był temat do wywiadów. Być może niektórzy artyści na tym etapie życia nie są zadowoleni z brzmienia tych starych płyt. Ja nic takiego robić nie będę. Mogę jedynie nagrać najbardziej ulubione piosenki w nowych aranżacjach i innym składem instrumentalnym, ale taki pomysł jest dobry na konkretną okazję. Dla mnie ważny jest ten czas, ta chwila i ludzie, z którymi nagrywałam, z którymi wchodziłam do studia. Część z nich już nie żyje. Te sesje nagraniowe przynależą do konkretnego momentu w moim życiu. To jest ważne dla mnie i, jak sądzę, dla moich fanów. Nie tworzę muzyki popularnej. Mam nieco inną filozofię działania, nie tworzę muzyki rozrywkowej.
Wspomniała już pani o zakończeniu współpracy z dużymi wytwórniami oraz samodzielnym wydawaniu płyt. Jakie są, pani zdaniem, największe zalety, a jakie wady takiego modelu działalności?
Zaletą najważniejszą jest niezależność. Wadą będzie niemożność dotarcia do dużej ilości nabywców, jeśli oczywiście założy się, że jest to interesujące.
Jaka jest dziś sytuacja prawna pani albumów wydanych przed 1989 rokiem, jeszcze w czasach dawnego systemu? Czy istnieje szansa, że również te pozycje zyskają drugie życie?
W tej chwili nie mogę powiedzieć, co się uda, a co nie. Przede wszystkim przed 1989 rokiem nie mieliśmy odpowiedniego prawodawstwa. W związku z tym, jeżeli teraz chce się wydać starą płytę, należy postarać się o zgody muzyków uczestniczących w nagraniach i ustalić podział zysków. Przy obecnej sprzedaży są to niewielkie pieniądze. Co więcej, wchodzi tutaj także sprawa ustalenia spadkobierców w przypadku osób, które zmarły. To dodatkowa praca dla mnie i prawnika. Nie mówiąc już o kosztach. Także szansa jest, ale w tej chwili wolę skoncentrować się na nowych nagraniach.
Do tego właśnie chciałem przejść. Niedawno na swoim Facebooku podzieliła się pani informacją, że oprócz wspomnianych już reedycji, w studiu powstają również nowe utwory. Proszę powiedzieć coś więcej o tym materiale.
Wracam do korzeni, więc piosenki będą w dużej mierze oparte na folku amerykańskim, bo na tej muzyce uczyłam się na początku swojej drogi. Czyli gitary akustyczne finger picking, organy Hammonda, kontrabas, śladowe sprawy perkusyjne, pedal steel i troszkę gitary elektrycznej, damskie chórki. Jestem w połowie. Brak pośpiechu bardzo mnie cieszy :) Mogłabym powiedzieć, że to pożegnalna płyta, ale przecież tego nie wiem.
Dziękuję za rozmowę.
fot. Jacek Poremba