„Z Powabami od samego początku założyłem, że ma to być muzyka robiona z pasji, według moich własnych wartości i tego, co aktualnie mnie kręci i pociąga” – mówi Jakub Ambroziak, twórca projektu Powaby. Jego piosenka „Czerwień” znalazła się na autorskiej kompilacji Portalu Winylowego „Polish Independent Music vol. 2: 2025”. Z rozmowy dowiecie się, jaka była muzyczna droga Jakuba oraz co go wyróżnia na tle innych młodych polskich post-punkowych artystów. Poznacie również historię powstania jego najnowszego singla – „Potsdamer Platz”.
Jakub Krzyżański: W przeszłości tworzyłeś bardzo różnorodną muzykę – od indie rocka w zespole Raindow po bardziej synthpopowe klimaty w TeaBeforeSleep. Nagle powołałeś do życia solowy projekt Powaby. Skąd pojawiła się ta potrzeba?
Jakub Ambroziak: W TeaBeforeSleep głównie skupiałem się na produkcji muzycznej opartej na syntezatorach, a w zespole Raindow robiliśmy przede wszystkim rzeczy gitarowe. W pewnym momencie, zainspirowany współczesnym powrotem do brzmień nowej fali, postanowiłem, że fajnie byłoby zrobić coś cięższego, bardziej przytłaczającego i emocjonalnego. Niestety zespół Raindow nie był do tego dobrym miejscem, bo graliśmy muzykę znacznie bardziej skoczną, radiową, wesołą. Uznałem więc, że zrobię sobie taki własny poligon i po prostu dla funu zacznę tworzyć muzykę shoegaze’ową, dream-popową czy post-punkową. Mega mi się to spodobało.
Skoro wcześniej miałeś inny repertuar, a Powaby zapoczątkowałeś dla funu, na ile jest to alter ego i kreacja artystyczna, a na ile odzwierciedlenie Twojej prawdziwej natury?
Myślę, że ten projekt odzwierciedla moją naturę najbardziej ze wszystkich, ponieważ od początku zależało mi na tym, by piosenki były szczere i wręcz kipiące od emocji. Uznałem, że może to być fajna forma autoterapii, przekazywania czegoś z siebie. Wierzyłem, że jeżeli będzie to autentyczne, to ludziom też się spodoba.
Czy ten właśnie rodzaj muzyki daje Ci możliwość powiedzenia rzeczy, których nie potrafiłbyś albo nie chciałbyś powiedzieć wprost?
Myślę, że kiedy zaczynałem projekt Powaby, to definitywnie tak. Przechodziłem wtedy przez trochę trudniejszy okres, bo był to czas, w którym wyprowadzałem się z domu rodzinnego i wchodziłem na nową ścieżkę życia. Taka muzyka bardzo często mi wtedy towarzyszyła, więc przejście w tę estetykę i tematykę, trochę bardziej przybijającą, wydało mi się bardzo naturalne.
Młode pokolenie polskich artystów ostatnio często inspiruje się tymi chłodnymi brzmieniami lat 80. – zimną falą czy post-punkiem. Zauważyłeś ten trend?
Jak najbardziej, aczkolwiek muzyka, którą ja się bardzo mocno inspiruję, raczej pochodzi z Niemiec i też jest określana jako nowa zimna fala. Zauważyłem, że ludzie na tamtej scenie podchodzą kompletnie inaczej do produkcji utworów w klimatach post-punkowych czy dream-popowych. Charakterystyczny jest u nich szybki rytm i taki beat typowy raczej dla lat dziewięćdziesiątych. Tego akurat w Polsce nie ma. Owszem, pojawia się u nas bardzo dużo fajnych zespołów post-punkowych, ale raczej jest to taki klasyczny post-punk, wywodzący się z rosyjskich albo PRL-owskich korzeni. Trochę brakuje mi w tym pewnej fuzji gatunkowej i przedstawienia publiczności czegoś nowego.
Jeżeli chodzi o polskie zespoły, byłem niedawno na koncertach m.in. Poczty Polskiej i Strangers In Name. Wydaje mi się, że te dwa składy na naszym rynku są bardzo unikalne, zwłaszcza Strangers In Name – u nich słychać szersze inspiracje i odwagę w mieszaniu stylów. Natomiast Poczta Polska w bardzo fajny sposób przedstawia to stare, bardziej klasyczne polskie brzmienie i robi to na swój własny sposób.
Jeśli chodzi o moją produkcję, to raczej nie inspiruję się starą polską muzyką, tylko właśnie tą nową fuzją post-punku z techno, która wywodzi się zza naszej granicy.
Czy jest w takim razie jakaś polska legenda lat 80., która mimo wszystko wpłynęła na Twoje muzyczne poszukiwania?
Myślę, że takim kultowym zespołem, który na pewno zainspirował mnie do tworzenia i jest jakimś rdzeniem mojej muzyki, jest Siekiera oraz album „Nowa Aleksandria”. Niestety nie mam go w kolekcji, bo nie zbieram płyt, ale myślę, że w części utworów słychać, że czerpię z jego brzmienia. To naprawdę ponadczasowa płyta, która broni się po latach. Jeśli ktoś odkrywa ją dopiero dzisiaj, bez problemu może pomyśleć, że to jakieś nowe wydawnictwo, tylko stylizowane na lata 80.
Twoja muzyka ma także bardzo miejski i nocny klimat. W tekstach pojawia się Warszawa, Nowy Jork, a w najnowszym singlu – Berlin. Czy atmosfera dużych miast działa na Ciebie inspirująco, a może właśnie Cię przytłacza?
Można by to w ogóle połączyć, bo jest w tym coś jednocześnie przytłaczającego, ale też stymulującego. Początki mojego projektu Powaby wywodzą się z podmiejskich miejscowości, gdy mieszkałem ponad 40 kilometrów pod Warszawą i miałem wokół siebie bardzo dużo lasów i natury. Moje pierwsze piosenki, np. „Wszystko co mam” albo „Femme Fatale”, są znacznie bardziej rozmyte i marzycielskie. Jeżeli chodzi o nowsze utwory, to rzeczywiście zmiana otoczenia na środowisko miejskie sprawiła, że trochę bardziej zafascynowałem się nocnym życiem i klimatem przytłoczenia, przebodźcowania, który można przekazać za pomocą szybkiej muzyki.
We wszystkich swoich projektach byłeś związany z Niebieskim Labelem. Dobrze Ci w małej wytwórni? To miejsce, w którym najlepiej odnajdujesz się jako twórca?
To jest bardzo ciekawe pytanie. Miałem przez chwilę możliwość wydawać muzykę samodzielnie jako kompletnie niezależny artysta. Nie mam co prawda doświadczenia z dużymi wytwórniami, ale bycie nawet w małym labelu daje bardzo dużo komfortu. Najczęściej pracują tam ludzie, którzy mają pewne połączenia i kontakty w branży, ułatwiające choćby organizację koncertów czy promocję. Dzięki temu mogę się skupić na samej muzyce.
A co dał Ci okres, gdy byłeś tak naprawdę, naprawdę niezależny i wszystkie kwestie organizacyjne miałeś na swoich barkach?
Myślę, że nauczyło mnie to samodzielności. Wiem już, że w takich sytuacjach jak wydanie singla warto próbować docierać do różnych odbiorców. A gdy jeszcze jesteś debiutantem i nikt o tobie nie słyszał, trzeba naprawdę zakasać rękawy, by zaistnieć w przestrzeni medialnej. Wiąże się z tym ciągła działalność w Internecie – rolki, posty, pisanie do klubów, dziennikarzy i organizatorów. W dzisiejszych czasach bez tego nie istniejesz. A w momencie, gdy dołączasz do labelu, ta pozycja jest już wyrobiona przez sam label i ludzie, którzy słuchają utworów danego wydawnictwa, nawet przez przypadek mogą Cię poznać.
Co na tej drodze jest dla Ciebie ważniejsze: żeby Powaby pozostały dokładnie takie, jakie chcesz je tworzyć, czy żeby z czasem dotarły do znacznie większej liczby osób?
Ostatnio dużo nad tym myślałem i rzeczywiście jest to niesamowite uczucie, kiedy widzimy, jak kariera gna do przodu i te liczby zaczynają być coraz większe. Najlepiej jeszcze, jakby to wszystko działo się w krótkim czasie. I tak trochę było z moim poprzednim zespołem Raindow, gdzie piosenki bardzo dobrze wypadały i pozycjonowały się na playlistach edytorskich Spotify. Dawało to szybki skok dopaminy i motywację do dalszego działania. Ale z drugiej strony chcemy wtedy utrzymać sympatię odbiorcy, staramy mu się jeszcze bardziej przypodobać i może to nas zgubić. Z Powabami od samego początku założyłem, że ma to być muzyka robiona z pasji, według moich własnych wartości i tego, co aktualnie mnie kręci i pociąga. Chciałbym też mieć ze sobą oddaną rzeszę fanów, którzy rozumieją to podejście, dzięki czemu mógłbym sobie pozwolić na więcej eksperymentów i utrzymanie tego w takiej niemainstreamowej formie.
Jak zatem poradził sobie Twój debiutancki album? We wrześniu minął rok od jego premiery, możesz więc pozwolić sobie na małe podsumowanie.
Liczby, jakie udało mi się wykręcić, są w większości utworów znacznie mniejsze niż w moim poprzednim projekcie, ale też ta muzyka jest znacznie inna, przeznaczona trochę dla innego odbiorcy, którego jest w Polsce znacznie mniej. Jestem jednak dumny z tego, co osiągnąłem i uważam, że obrałem dobrą drogę. Jak na debiut w takiej stylistyce, poszło mi naprawdę dobrze.
Niedawno pokazałeś światu swój nowy singiel, „Potsdamer Platz”. Jaka jest historia tej piosenki?
Tak jak powiedziałem wcześniej, jestem bardzo mocno zainspirowany tą nową falą zimnej fali, która właśnie wywodzi się z Niemiec, tj. łączeniem bardzo szybkich rytmów z melodyjnymi riffami. Postanowiłem więc wybrać się w tym roku do Berlina. To był mój pierwszy raz i przy okazji wypadu udało mi się też zobaczyć na żywo wykonawców, których cenię na tamtejszej scenie. Część utworu „Potsdamer Platz” napisałem właśnie jadąc berlińskim metrem, a tytułowy Plac Poczdamski to symbol zjednoczenia dwóch stron Niemiec. Będąc tam, poczułem, że Berlin jako miasto rzeczywiście zmienia ludzi i wybrałem plac na symbol tego przejścia ze starej wersji siebie do nowej. Tekst nawiązuje również do powieści „My dzieci z Dworca Zoo”, która jest bezpośrednią analogią do mojego ciężkiego etapu w życiu, który – jak było w tekście – zaciskał na szyi pętlę.
Ta piosenka kontynuuje ścieżkę wyznaczoną przez debiut. Czy to znaczy, że projekt Powaby jest ściśle i precyzyjnie określony muzycznie, czy jednak dopuszczasz w swojej twórczości swobodne poszukiwania?
Myślę, że na ten moment projekt jest znacznie bardziej określony muzycznie niż był na początku. Wcześniej rzeczywiście było dużo eksperymentów i trochę bardziej dominował w mojej muzyce shoegaze. Teraz myślę, że chciałbym pójść rzeczywiście w bardzo szybkie rytmy, w post-punkową perkusję i taką dream-popowo-post-punkową gitarę. To jest szkielet, którego chciałbym się trzymać. Ale też, tak jak powiedziałem, nie chcę sobie wyznaczać konkretnej ścieżki i produkować według jednego szablonu czy konkretnych założeń. Jeżeli coś mnie zainspiruje, to jestem absolutnie otwarty, by podążać za tym, co mi się podoba, bo robienie muzyki z pasji to chyba najlepsza forma jej wykonywania.
Rozumiem, że masz w zanadrzu jeszcze jakiś nowy materiał i myślisz już o drugiej płycie?
Druga płyta jest gdzieś w dalszych planach, ale za jakiś czas na pewno będzie można usłyszeć kolejny singiel.
Dzięki za rozmowę.
fot. Agata Kazimierczak