Wiktor Waligóra wraca z drugim albumem „Krótkie historie o miłości”. Płyta opowiada o relacjach, błędach i emocjach młodego pokolenia, a współtworzyli ją jedni z największych polskich producentów. W karierze artysty to także pierwszy winyl, który początkowo ma być dostępny wyłącznie na koncertach. Rozmawiamy z Wiktorem o drodze, jaką przeszedł od czasu debiutu, pracy nad nowym materiałem, sukcesie „Czterech pór roku” oraz o jego poglądach na temat pisania piosenek.
Jakub Krzyżański: „Krótkie historie o miłości” brzmią zupełnie inaczej niż debiut „Czekam na świt”. Co najbardziej zmieniło się w Twoim podejściu do tworzenia muzyki od czasu pierwszej płyty?
Wiktor Waligóra: Myślę, że bardzo dużo nauczyłem się podczas powstawania debiutanckiego albumu. Wtedy to był czas poszukiwań i robienia wielu rzeczy trochę po omacku. Przy drugiej płycie decyzje, które podejmowałem, były znacznie bardziej świadome i przemyślane, a w efekcie chyba po prostu korzystniejsze. Wydaje mi się też, że teraz lepiej piszę teksty. Zaangażowałem w proces twórczy wiele osób i udało się zrobić ten album dużo bardziej konceptualnie. Ogólnie czuję, że droga, którą do tej pory przeszedłem, wiele mi dała i pozwoliła mi zrobić teraz naprawdę ładną rzecz.
Drugi album jest na pewno bardziej spójny tematycznie. Czy właśnie tego zabrakło Ci na debiucie?
Trochę tak, zarówno muzycznie, jak i lirycznie. Chociaż z tym drugim nie do końca, bo czułem, że wszystko, o czym pisałem na pierwszej płycie, było takim pamiętnikiem z przechodzenia z dzieciństwa w dorosłość. Siłą rzeczy tamte piosenki krążyły więc wokół tego tematu. Ale płyta numer dwa jest zdecydowanie bardziej spójna. Jak wskazuje tytuł, wszystkie teksty obracają się wokół miłości i tego, jak moje pokolenie przeżywa ją w XXI wieku, w dobie rozwijającej się technologii, szybszej wymiany informacji i o wiele bardziej dynamicznych relacji. Chciałem opisać, jak w tym wszystkim przeżywamy zakochanie. Miałem bardzo dużo pomysłów na tematykę tego albumu i na to, o czym konkretnie powinien być, ale jestem bardzo zadowolony, że finalnie wyszło właśnie tak.
Na ile są to historie, które wynikają bezpośrednio z Twoich własnych doświadczeń?
Na początku ten album miał być fabularyzowany, trochę książkowy. Chciałem być bardziej narratorem niż bohaterem. Ale po pierwszych próbach pisania takich piosenek zorientowałem się, że i tak wszystko przepuszczam przez filtr własnych emocji i przeżyć. Ostatecznie więc te piosenki są bardzo osobiste. Jednocześnie dzięki temu, że tytuł sugeruje pewną fikcyjność, nie bałem się czasami trochę nagiąć prawdy albo coś sobie wymyślić. Natomiast podstawą tych numerów są moje doświadczenia oraz to, co sam przeżyłem i poczułem.
W „Nie umiem kochać” śpiewasz, że Twojego pokolenia nie nauczono miłości i okazywania uczuć. Skąd wzięła się ta diagnoza? Masz za sobą jakieś konkretne obserwacje, które Ci ją potwierdzają?
Pewnie. W tym tekście bardziej chciałem powiedzieć, że w ogóle nikt z nas nie ma w szkole zajęć z miłości. WDŻ, wydaje mi się, nie spełnia takiej roli. Najważniejszą płaszczyznę naszego życia musimy więc poznawać sami. Czy pytasz o doświadczenia prywatne? Wiadomo, że każdy człowiek popełnia swoje błędy i właśnie o tym jest ta piosenka. Dalej w tekście piszę, że skoro nikt nam nie powiedział, jak to się robi, nie dał żadnej instrukcji, to chyba logiczne i naturalne, że te błędy popełniamy. Pytanie tylko, czy jesteśmy na tyle dojrzali, żeby umieć sobie w tym wszystkim wybaczać.
Jest na Twojej płycie również „Terapia dla par”. Myślisz, że dziś ludzie rzeczywiście są gotowi pracować nad związkiem, zamiast po prostu szukać kogoś innego?
Nie wiem, wątpię. W tej piosence ostatecznie do żadnej naprawy relacji nie dochodzi. Wszystko jest najpierw zamiatane pod dywan, a potem eksploduje w taką furię. I chyba to jest dosyć popularny model współczesnych relacji. A jednak, jeżeli czujesz, że osoba, z którą masz w tym momencie gorszy moment, jest dla ciebie tą jedyną, to chyba powinieneś bardziej popracować nad związkiem. Sam absolutnie też nie jestem bez winy. Czuję, że mógłbym więcej rozmawiać i często duszę w sobie rzeczy, o których powinienem mówić na głos. Ale myślę, że to problem bardziej ogólny niż tylko mój prywatny.
Do tematu miłości podchodzisz na tej płycie bardzo szeroko, co pokazuje utwór „Ciągle znajduję twoje ubrania”, nagrany z Wiktorem Dydułą. Skąd wziął się ten tekst i potrzeba opowiedzenia właśnie takiej historii?
Początkowo ten numer miał opowiadać o czymś zupełnie innym. W tamtej wersji czułem jednak, że potrzebny jest drugi głos, druga perspektywa wymyślonej historii. Spotkaliśmy się z Wiktorem i jakoś naturalnie wyszło, że zmieniliśmy temat – na smutne momenty w życiu całej rodziny, gdy odchodzi bliska osoba. Wiem, że ten utwór jest bardzo osobisty, chyba nawet bardziej dla Wiktora niż dla mnie [Wiktor Dyduła, mając 14 lat, stracił ojca – przyp. red.]. Pamiętam, jak pisaliśmy go u mnie w mieszkaniu. To był pierwszy raz, kiedy podczas pisania tekstu poczułem tak wyraźne ciarki na skórze. Ta piosenka jest chyba najsmutniejsza na całej płycie i mnie samego bardzo wzrusza. Myślę też, że trochę nią zaskoczyliśmy słuchaczy. Widząc nasze dwa nazwiska obok siebie, pewnie można było spodziewać się jakiegoś wesołego, przebojowego numeru. A my postanowiliśmy zrobić piosenkę bez refrenu, z sekcją C, bardzo taką oldschoolową. Jestem bardzo wdzięczny Wiktorowi za ten duet.
Przy tej płycie pracowało kilku producentów. Przy tak dużym składzie istnieje ryzyko, że zamiast albumu powstanie składanka osobnych projektów. Jak udało się tego uniknąć?
Przede wszystkim dlatego, że byłem dużo bardziej świadomy, co chcę osiągnąć. Chodziłem na sesje z konkretnymi pomysłami, referencjami i zamysłem. Za każdym razem wiedziałem, że działam na rzecz większego celu, jakim jest spójny album. Chciałbym wymienić wszystkie osoby odpowiedzialne za produkcję: DrySkull, Patrick The Pan, Rubens, Archie Shevsky, Kuba Dąbrowski, Piotrek Pluta i Lessman. Siedmiu panów, z którymi tworzyłem poszczególne numery. Bardzo dużo się od nich nauczyłem. Siedzieć w studiu i pisać piosenki z takimi świetnymi muzykami to ogromny zaszczyt. Pamiętam pierwszą sesję z DrySkullem. Czułem wtedy niebywałą radość z tego, co się dzieje – że z takim mistrzem, z takim dorobkiem, mogę rozmawiać, razem pisać i robić piosenkę. Nie ze wszystkimi znałem się wcześniej. DrySkulla, Rubensa i Archiego spotkałem po raz pierwszy właśnie przy tej płycie, a jednak od razu poczuliśmy do siebie duży szacunek i sympatię. Czuję, że z każdym z nich jeszcze nieraz przetnę się na tej muzycznej drodze.
Jak wyglądała sama praca nad piosenkami? Przychodziłeś do producentów z gotowymi szkicami, czy częściej wszystko powstawało od zera podczas wspólnych sesji?
Bardzo różnie, w zależności od utworu. Piosenkę z Wiktorem Dydułą miałem napisaną w całości. Potem rozebraliśmy ją z Patrickiem na części pierwsze, a następnie napisaliśmy tekst z Wiktorem od nowa. Z Lessmanem całość pisaliśmy razem, łącznie z tekstem, bo Błażej też jest mega dobrym tekściarzem. Piosenki, które powstały w tercecie z Kubą Dąbrowskim i Piotrkiem Plutą, miałem wcześniej napisane u siebie, w domowym zaciszu. Ale przy tej płycie bardzo otworzyłem się na pisanie podczas sesji. Uznałem, że skoro siedzę z tak utalentowanymi ludźmi w studiu, to głupotą byłoby używać ich tylko jako klikaczy myszką. Dlatego bardzo dużo numerów to faktycznie takie songwriterskie kooperacje.
Zdarzyło Ci się odpuścić jakiś własny pomysł dlatego, że producent zobaczył daną piosenkę zupełnie inaczej?
Trochę tak było z przedostatnią piosenką na płycie – „Moim ulubionym wersem”. Może nie do końca producent widział ją inaczej, ale najpierw powstała w takim popowo-coldplayowym, radosnym stylu. Cała produkcja była skończona, wszystko gotowe, ale stwierdziłem, że to nie porusza tej struny w sercu, którą chciałbym, żeby poruszało. Zrobiliśmy drugą wersję, bardziej gitarową, w stylu a’la Shawn Mendes, te sprawy. Dalej jednak czułem, że to nie jest to. W końcu Błażej wziął gitarę i zaczął łapać takie klasyczne arpeggia. Dopiero wtedy poczułem, że właśnie tak powinniśmy ubrać ten numer. To chyba był utwór, który powstawał najdłużej.
Czy masz zakusy, by w przyszłości całkowicie przejąć kontrolę nad produkcją muzyczną? Widzisz siebie w tej roli?
Tak, to jest teraz w ogóle moja ulubiona forma spędzania czasu. Trochę traktuję to jak grę na konsoli – siadam przy laptopie i klepię jakieś demówki, bity. Jeszcze dużo mi brakuje do poziomu tych mistrzów, natomiast sprawia mi to ogromną satysfakcję. Staram się w tym podszkalać i szukam nowych sposobów na łączenie różnych dźwięków. To jest mega fajne zajęcie. Mam nadzieję, że kiedyś w końcu uda mi się wypuścić w świat piosenkę, którą w stu procentach stworzę samemu.
Na płycie nie mogło zabraknąć „Czterech pór roku”, Twojego największego hitu. Co w dzisiejszych czasach tworzy przebój? Wystarczy sama dobra piosenka, czy też konieczne są konkretne działania promocyjne wokół niej?
Zastanawiam się, czy w ogóle wykonaliśmy przy tej piosence jakieś specjalne działania, chociaż myślę, że nie to było najważniejsze. Nagraliśmy fajny klip, co na pewno nie zaszkodziło. Ale jednak jestem trochę niepoprawnym optymistą, bo wierzę, że dobra piosenka, chociaż w jakimś stopniu, sama się obroni. Tak było tym razem. Sukces „Czterech pór roku” przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Jestem bardzo wdzięczny, że tyle ludzi znalazło w tym utworze cząstkę siebie. Nigdy nie miałem piosenki tak szeroko rozpoznawalnej i tak często granej, więc to jest dla mnie nowa rzecz. Myślę, że może nie chodziło o specjalne działania, jak ty to nazwałeś, ale bardziej o łut szczęścia. Pewnie trafiliśmy z datą premiery w taki okres roku, kiedy po zimie ludzie potrzebowali trochę słońca, i to im daliśmy.
Myślisz, że na współczesnym rynku muzycznym jest jeszcze miejsce na przeboje, które wydarzyły się trochę przypadkiem, bez precyzyjnie zaplanowanej strategii marketingowej?
Mam wrażenie, że to się dzieje dosyć często. Wiadomo, że social media są teraz podstawą wszystkiego, natomiast ja nie jestem mistrzem social mediów, moje zasięgi płaczą. A jednak taki numer udało mi się zrobić. Pewnie każda z tych rzeczy trochę pomaga, ale uważam, że na koniec dnia najważniejsza jest sama piosenka.
„Krótkie historie o miłości” to również Twój pierwszy winyl. Skąd pomysł, żeby dystrybuować go wyłącznie podczas koncertów?
Bardzo chciałem dać fanom, którzy są najbliżej mnie i przychodzą na koncerty, coś dodatkowego. To sposób, by wyrazić wdzięczność za ich obecność i pokazać, jak bardzo są dla mnie ważni. Dlatego właśnie oni mają jako pierwsi dostęp do winyla. Natomiast spokojnie – on będzie też dostępny w ogólnej sprzedaży, jak tylko skończymy trasę. Wydaje mi się też, że koncert jest fajnym miejscem na kupienie winyla. Gdybym sam chciał kupić winyl od kogoś i miałbym możliwość zrobić to w jego obecności, porozmawiać z nim, dostać podpis, to byłaby dla mnie fajna rzecz. Ja zawsze po koncertach wychodzę do ludzi i bardzo chętnie z nimi rozmawiam. Chciałem więc dać fanom taką możliwość. Ale jestem w ogóle turbo podekscytowany, bo to faktycznie mój pierwszy winyl i w dodatku jest bardzo ładnie wydany. Wielkie podziękowania dla Angeliki Bujak, która przygotowała poligrafię zarówno CD, jak i winyla.
Traktujesz winyl jako element koncertowego merchu, czy jednak ten nośnik znaczy dla Ciebie coś więcej?
Oj, zdecydowanie więcej. Wiadomo, że koncerty i merch są ważne, ale przede wszystkim jestem muzykiem i żyję z tego, że piszę piosenki. Winyl jest bardzo klasycznym sposobem zachowania tych piosenek, więc na pewno traktuję go dużo poważniej niż tylko merch. To najszlachetniejsza forma utrwalenia mojej twórczości, jaka istnieje. Cieszę się, że po raz pierwszy mogliśmy to zrobić.
Dziękuję za rozmowę.
fot. materiały promocyjne