W świecie pędzącym bez opamiętania, przepełnionym hałasem i cyfrowym szumem, pojawiają się płyty, które działają jak głęboki oddech pośród leśnego mchu. Taki właśnie jest album „Nothing is Promised” zespołu Lyrre – zjawiskowe, dojrzałe dzieło, w którym surowa siła metalu spotyka się z eterycznym duchem folku. Centralnym punktem tego brzmienia pozostaje grająca na lirze korbowej i śpiewająca Michalina Malisz-Martuś. W rozmowie dla Portalu Winylowego artystka opowiada o balansowaniu między ciężkimi riffami a organicznym brzmieniem dawnego instrumentu, odwadze w poszukiwaniu własnego głosu oraz o tym, jak zachować autentyczność i duchową bliskość z naturą na progu wielkiej kariery.
Konrad Sebastian Morawski: Na wstępie gratuluję niezwykłego albumu. „Nothing is Promised” to piękne, zjawiskowe dzieło. Słuchałem go na winylu. Od tego chciałbym zacząć naszą rozmowę. Czy słuchasz płyt winylowych?
Michalina Malisz-Martuś: Dziękuję za miłe słowa o albumie! Sama niestety nie posiadam sprzętu do słuchania winyli, ale doceniam go bardzo jako formę wydania albumu muzycznego.
W recenzji porównałem Wasz album do głębokiego oddechu pośród mchu w świecie, który dusi się w pośpiechu i hałasie. Czy „Nothing is Promised” miało być w Waszym założeniu właśnie takim ukojeniem i próbą zatrzymania słuchacza na krawędzi przemyśleń o własnym „ja”?
Myślę, że to bardzo trafne porównanie. Nasza muzyka jest bardzo refleksyjna, momentami także melancholijna. W tekstach pojawiają się tematy przemijania, nostalgii, ale również i nadziei - dlatego “ukojenie” wydaje mi się tu być świetnym słowem.
Bardzo mocno wybrzmiewa u Was zderzenie surowej siły metalu z eterycznym duchem folku. Jak udaje Wam się utrzymać równowagę między tą „rzemieślniczą nawałnicą” instrumentów elektrycznych a organicznym brzmieniem liry korbowej?
Przede wszystkim w naszych utworach staramy się dać lirze korbowej odpowiednią przestrzeń - aby wybrzmiała i była wyraźnie słyszalna. Podchodzimy do tego całościowo, od momentu kiedy zaczynamy pisać utwory, aż po miks i granie ich na żywo. To niełatwe zadanie, zarówno w studiu, jak i na koncertach, jednak lata doświadczeń w pracy z tym instrumentem pomagają nam znaleźć balans pomiędzy ciężkimi, metalowymi aranżacjami i lirą. W warunkach koncertowych nieoceniona jest lira elektryczna, która działa jak gitara elektryczna.
W recenzji zauważyłem, że Twoja lira korbowa i wokal nie są jedynie ozdobą, ale żywą tkanką wplecioną w ścianę dźwięku. Jak wygląda Twój proces komponowania? Czy partie liry powstają na bazie metalowych riffów, czy to ciężka sekcja obudowuje Twoje folkowe motywy?
Wykorzystujemy oba podejścia - mamy w repertuarze utwory, które zaczęły się od riffów gitarowych, ale również takie, które powstały wokół melodii liry. Na ostatniej płycie, „Nothing is Promised”, zazwyczaj zaczynaliśmy od partii gitarowych Piotra i później do nich była dokomponowana lira. W obu przypadkach chcemy jednak uzyskać ten sam efekt końcowy - tworzymy piosenki, w których lira jest wyeksponowana jako główny instrument, grający linie melodyczne i partie solowe, a przy tym staramy się, aby powstawały one jak najbardziej naturalnie i organicznie. Z jednej strony nie forsujemy tego, ale z drugiej - nigdy nie powstanie piosenka Lyrre bez liry korbowej.
Skąd Twoje zainteresowanie lirą korbową?
O istnieniu liry korbowej dowiedziałam się dzięki Eluveitie i od samego początku całkowicie zafascynowało mnie jej brzmienie. Szczególnie w kontekście muzyki metalowej - to zrobiło na mnie niesamowite wrażenie i przez wiele lat Eluveitie było moim ulubionym zespołem. Bardzo chciałam grać na lirze, naukę udało mi się zacząć w 2014 roku. Niedługo później założyłam kanał na Youtube, gdzie publikowałam covery Eluveitie. Dalej historia potoczyła się tak, że w 2016 roku dołączyłam do tego właśnie zespołu. W międzyczasie Piotr, który jest w Lyrre gitarzystą, a prywatnie - moim mężem, otworzył warsztat lutniczy, specjalizujący się w budowaniu lir korbowych. W 2022 roku w przyjacielskich stosunkach zakończyłam współpracę z Eluveitie, powstało Lyrre, zaczęłam również dawać lekcje gry na lirze - i obecnie całe moje życie kręci się wokół tego instrumentu.
A w jaki sposób dbasz o swoje wokale? Co robisz, aby brzmiały tak fascynująco?
Dziękuję, to ogromny komplement. Miło mi usłyszeć, że moje wokale brzmią fascynująco! O ile mam wykształcenie instrumentalne, to przed rozpoczęciem śpiewania w Lyrre nie kształciłam się wokalnie. Zawsze jednak wiedziałam, że jako wokalistka chciałabym brzmieć autentycznie. Podobają mi się głosy, które są naturalne, ale i różnorodne - z jednej strony mogą współgrać z bardziej łagodnymi momentami, a z drugiej - wyrażą również bardziej gwałtowne emocje. Podążają za atmosferą utworu, nie dominują jej. Lubię zachowywać w swoich partiach pewną prostotę i surowość, która moim zdaniem świetnie zgrywa się z atmosferą muzyki Lyrre. Dbanie o głos jest dla mnie bardzo ważne, ponieważ używam go w pracy w studiu nagraniowym oraz na co dzień podczas lekcji. Bardzo staram się nie nadwyrężać głosu, chodzę na prywatne zajęcia wokalne, zwracam uwagę na to, co piję i jem. Jeśli zaś chodzi o brzmienie - mam na nie konkretną wizję, na której jednym krańcu jest bardzo subtelny, kojący wokal, a na drugim niemal krzyk.
W utworze „Orchard” pokazałaś niezwykłą dynamikę. Od subtelnych, folkowych momentów po mocne, niemal agresywne uderzenia wokalne. Jak pracowałaś nad tą ekspresją i jak dbałaś o to, by głos dotrzymywał kroku potężnej sekcji rytmicznej?
Tak naprawdę uczyłam się śpiewać, nagrywając pierwszy album Lyrre, “Not All Who Dream Are Asleep”, i dlatego linie wokalne są na nim dość zachowawcze. Z kolei na “Nothing is Promised” zdarzało mi się pisać partie, które wyprzedzały moje zdolności wokalne. Tak było w przypadku utworu “Orchard”. Po wydaniu NAWDAA oraz zagraniu kilkudziesięciu koncertów na żywo, czułam się dużo pewniej ze swoim głosem, ale wiedziałam, że mam przed sobą mnóstwo dalszej nauki. Podczas pisania muzyki nie nakładamy sobie jednak żadnych ograniczeń, gdy więc powstała finalna wersja utworu “Orchard”, wiedzieliśmy, że wokale będą musiały tutaj “dowieźć”. Oznaczało to dla mnie wiele eksperymentów, prób i błędów, zarówno z tekstem jak i samą linią wokalu. Ostatecznie powstała partia, która świetnie pasuje do ciężaru utworu, ale jest dla mnie bardzo wymagająca, pod względem zarówno formy wokalnej, jak i odwagi scenicznej - tego nie da się zaśpiewać bez przekonania.
Na koniec recenzji życzyłem Wam, by zespół – pomimo otwierających się drzwi do wielkiej kariery „pozostał duchem w lesie”. Jak udaje Wam się zachować bliskość z naturą i autentyczność, tworząc i żyjąc w dzisiejszym miejskim pędzie?
Każdego tygodnia staramy się znaleźć chwilę na pobycie w naturze. Piotr jest w tym zdecydowanie lepszy niż ja - uprawia kolarstwo górskie i pokonuje setki kilometrów w terenie, co zresztą bardzo inspiruje go do pisania. Autentyczność jest dla nas najważniejszą wartością podczas tworzenia - zawsze powtarzamy, że piszemy muzykę, której sami chcielibyśmy słuchać. Świadome przerwy od miasta, a także używania social mediów to nasze sposoby na przewietrzenie głowy i złapanie nowej perspektywy.
„Nothing is Promised” to Wasz drugi album, pokazujący dużą dojrzałość brzmieniową. W którym miejscu jako zespół czujecie się dzisiaj i dokąd chcielibyście, aby ta płyta Was zaprowadziła?
Od początku czuliśmy, że Nothing Is Promised będzie inne niż nasz pierwszy album - cięższe, mroczniejsze. Czujemy, że wydaliśmy coś bezkompromisowo naszego, pozwoliliśmy sobie na zgłębienie troszkę innego kierunku. Cały czas rozwijamy się jako muzycy i songwriterzy, a eksperymentowanie jest naturalną częścią tego procesu. Chcemy nadal spełniać się kreatywnie, pisać kolejne albumy oraz grać koncerty.
Czego dziś mogę życzyć Michalinie Malisz-Martuś? A czego zespołowi Lyrre?
Zespołowi Lyrre - z pewnością powodzenia w tworzeniu nadchodzącej płyty, która będzie przeobrażoną wersję „Nothing Is Promised”. A mnie samej - weny!
Przeczytaj recenzję płyty "Nothing Is Promised".
zdjęcia: FotoPixey Justyna Kamińska