Wywiady

Szymon Justyński: Ostatni romantyczny wojownik

Jakub Krzyżański
Jakub Krzyżański
05.05.2026

Z niewielkiej Bogatyni na światowe estrady. Basista Szymon Justyński od lat koncertuje z uznanymi artystami sceny soulowej i jazzowej. Współpracuje m.in. z Rayem Greenem – wokalistą w zespole Carlosa Santany – i Marthą High, znaną z występów u boku Jamesa Browna. 8 maja ukaże się solowy album Szymona pt. „Last Romantic Warrior”.

Jakub Krzyżański: O co walczy „Ostatni romantyczny wojownik”? I co takiego się stało, że pozostał sam na polu bitwy?

Szymon Justyński: Jego towarzyszy pokonały dzisiejsze czasy, które nie są dobre dla romantyków. Obserwuję naszą codzienność i naprawdę przeżywam to, co dzieje się ze światem. Postępująca cyfryzacja coraz mocniej odbija się na naszych mózgach, wrażliwości i kreatywności. W muzyce też to widać – coraz mniej zwracamy uwagę na to, kto gra z serca, a kto dla pieniędzy. Album „Last Romantic Warrior” nawiązuje do czasów, kiedy na scenę wychodzili artyści z prawdziwą klasą – tacy jak Phil Collins czy Peter Gabriel, zespoły pokroju Led Zeppelin, a w jazzie Miles Davis, George Duke czy Herbie Hancock. Oni nie myśleli kategoriami pieniędzy. Najważniejsza była dla nich sztuka – tworzenie nowych gatunków i mieszanie tych już istniejących. Nazywam siebie ostatnim romantycznym wojownikiem, bo chcę pokazać ludziom, że się nie poddaję i wciąż wierzę w tę starą szkołę tworzenia muzyki.

Muzyka, którą grasz, mocno nawiązuje do epoki wymienionych przez Ciebie artystów. Czy style takie jak R&B, jazz, fusion i funk Twoim zdaniem najlepiej pobudzają w ludziach romantyzm?

Taką muzykę czuję najbardziej i to w niej najlepiej wyrażam to, co mam do powiedzenia. Moja artystyczna droga zaczęła się właściwie od dwóch światów naraz. W domu od dziecka otaczał mnie jazz i funk, który tato puszczał namiętnie, a ja chłonąłem to wszystko bezwiednie. Jednocześnie w szkole muzycznej uczyłem się Chopina i Bacha, poznając klasyczny warsztat od podstaw. W wieku nastoletnim doszedł jeszcze rock – Led Zeppelin, Deep Purple, Black Sabbath i cała śmietanka brytyjskiego hard rocka i prog rocka. Ta mieszanka została ze mną do dziś – i właśnie z niej wyrasta wszystko, co teraz tworzę.

W którym momencie przerzuciłeś się z fortepianu na gitarę basową?

To był właśnie moment mojego buntu i fascynacji rockiem – miałem wtedy może 13, 14 lat. Fortepian, wraz z całym klasycznym repertuarem, przestał pasować do tego, kim się wtedy czułem i jak chciałem wyrażać siebie. Coraz trudniej było mi pogodzić granie Chopina ze słuchaniem Deep Purple, gdzie Jon Lord na Hammondzie robił takie rzeczy, że wszystkim chodziły głowy. Poczułem, że muszę pójść w stronę instrumentu elektrycznego. Mój tata również był swego czasu basistą, jego gitara zawsze stała w domu, więc to przyszło dość naturalnie. Trochę jak chemiczna mieszanka genów i przeznaczenia. Dziś mam wrażenie, że ten bas po prostu na mnie czekał. Nigdy nie miałem nauczyciela gry na basie – uczyłem się sam, opierając się na wcześniejszym warsztacie pianistycznym. Zresztą do dzisiaj dążę do większej perfekcji. Jak w każdym rzemiośle, tu nie ma jednej mety, do której się dochodzi i koniec. To najbardziej lubię w zawodzie muzyka: mam teraz 30 lat, ale za kolejne 30, pewnie będąc już w zupełnie innym miejscu, dalej będę się rozwijał.

Trudno o lepsze przejście z muzyki klasycznej do innych brzmień niż brytyjski rock lat 70.

Zgadza się, bo te zespoły miały dużo wpływów klasycznych. Jako nastolatek kochałem Emerson, Lake & Palmer, Genesis, Yes, fascynował mnie Rick Wakeman. Szybko też zauważyłem, że nie można zamykać się tylko na jeden gatunek. Na przełomie podstawówki i gimnazjum byłem również ultrafanem Red Hot Chilli Peppers. To idealna muzyka dla tego wieku, bo jest energetyczna, skoczna i może cię później fajnie poprowadzić dalej.

Który basista był w tamtym czasie Twoim największym idolem?

John Paul Jones z Led Zeppelin. Podobało mi się, że grał w tym zespole nie tylko na basie, ale też na klawiszach, czyli tak, jak wówczas ja. Pokazał mi, że można połączyć te dwa światy i z ręką na sercu przyznaję, że przez pierwsze lata moich ćwiczeń byłem w niego na maksa zapatrzony.

Przejdźmy teraz do czasów, gdy już zacząłeś grać zawodowo. Jakie zdarzenie wskazałbyś za przełomowy moment w swojej karierze?

To był czas COVID-u. Tuż przed pandemią skończyłem studia jazzowe na Uniwersytecie Zielonogórskim. Już wtedy angażowałem się w swoje pierwsze zespoły jazz-rockowe i grałem pierwsze festiwale, m.in. Krokus Jazz Festival. Potem wszystko stanęło i przez jakiś czas w kulturze nie działo się praktycznie nic. Ale zaraz po odmrożeniu zadzwonił do mnie Wojtek Justyna, mój przyjaciel i gitarzysta, z propozycją dołączenia do jego zespołu na letnią trasę koncertową. Miałem wtedy 26 lat i wiedziałem, że to jest moja pierwsza większa szansa, i że muszę ją wykorzystać. Dostałem od niego nagrania oraz nuty. Nauczyłem się całego materiału na pamięć. Wiedziałem, że wchodzę do doświadczonej, zgranej grupy, więc muszę być przygotowany na sto procent. Pojechałem i mieliśmy tylko jedną próbę – kilka godzin przed pierwszym koncertem na trasie. Zaczęliśmy grać i już po trzech numerach pamiętam radość na twarzach chłopaków, że trafili na kogoś odpowiedniego. Wtedy pomyślałem, że to jest ten moment, i że od tej chwili nie mogę już schodzić poniżej pewnego poziomu.

A jak doszło do twojej współpracy z Rayem Greenem?

W zespole Wojtka Justyny poznałem perkusistę Alexa Bernatha – dziś mojego serdecznego przyjaciela – który zajmował się także sprawami koncertowymi na Europę, bo prowadzi własną agencję. I tenże Alex grał równolegle w zespole Raya, gdzie basistą był niejaki Reggie Washington. W pewnym momencie trzeba było znaleźć za niego zastępstwo i Alex zaproponował właśnie mnie. Ten muzyczny świat tak działa, że opiera się na poleceniach i wzajemnych kontaktach. Dołączyłem do tamtego składu, zagraliśmy razem 15 koncertów na pierwszej wspólnej trasie po Europie i na tyle się spodobałem, że już w nim zostałem.

Jak wpłynęło na Ciebie wejście w to międzynarodowe środowisko muzyczne? Czego nauczyłeś się od Raya i reszty jego zespołu?

Przede wszystkim uświadomiłem sobie, że muzyka ma niesamowitą moc łączenia ludzi. Podczas tej europejskiej trasy udało mi się załatwić koncert w mojej rodzinnej Bogatyni. Zaprosiłem też cały zespół do domu rodziców na taki tradycyjny polski obiad: pierogi, schabowy, buraczki, ciasto na deser itp. Gdy wszyscy weszli do salonu, oczy chłopaków od razu skierowały się na kolekcję winyli mojego taty. On jest totalnym audiofilem, ma kilkaset płyt, kolumny Sonusy itp. No i cały zespół rzucił się do przeglądania tych winyli. Zaczęli żywo reagować, widząc np. albumy Steely Dan, George’a Duke’a czy Earth, Wind & Fire. Mój tato, chociaż nie zna dobrze angielskiego, próbował z nimi rozmawiać, pokazując poszczególne nazwiska z okładek i tłumacząc coś po swojemu. To była piękna scena, bo nagle Ray, człowiek ze Stanów, który śpiewa u Carlosa Santany, trafia do niewielkiej Bogatyni i znajduje wspólny język z moim tatą. Oni są czarni, my jesteśmy biali, ale to nie ma w ogóle żadnego znaczenia. W tamtym momencie naprawdę poczułem, że muzyka może burzyć wszelkie mury.

Druga rzecz, którą wyniosłem ze współpracy z Rayem, to rezygnacja z używek. Zero alkoholu, zero narkotyków, żadnej nikotyny, odpowiednia ilość snu oraz szeroko rozumiana higiena. Kiedy zaczęliśmy jeździć razem po Europie i zobaczyłem, jak Ray o siebie dba, pomyślałem sobie, że też tak chcę. W tym wszystkim chodzi nie tylko o zdrowie, ale również o profesjonalizm. Picie tylko z pozoru cię pobudza i daje luz, ale tak naprawdę rozkojarza i ma bardzo negatywny wpływ na twój rozwój. Postanowiłem wtedy trzymać ten poziom i nie pozwalać sobie na kaca czy jakieś inne niekontrolowane zachowania. Wiem też, że jako Polak na europejskim rynku, mając styczność z Amerykanami, muszę od siebie wymagać jeszcze więcej.

Rozumiem, że namówienie Raya do zaśpiewania na Twoim albumie nie było trudne?

Wcale. To chyba najlepszy dowód na to, że w muzyce różnica wieku nie robi żadnego znaczenia. Połączyły nas ten sam gust i klimat, który razem czujemy. Kiedy zacząłem pracę nad „Last Romantic Warrior” wysłałem mu trzy demówki – bez wokali, same instrumentale z pomysłami na zwrotkę i refren. I on z tego od razu wybrał dwie i napisał, że działamy. To są właśnie numery „Don’t Give It Up” i „No Ordinary Moment”.

Większość piosenek na płycie śpiewa Twoja siostra Iga. Ona też bez problemu się zgodziła?

Oj nie, z nią miałem zdecydowanie trudniej (śmiech). Iga jest totalnym naturszczykiem. Śpiewanie to jej hobby, ale takie ukryte, które postanowiłem odkopać i wydobyć na światło dzienne. Z nią był o tyle problem, że na etapie prób miała bardzo fajne pomysły, nagrywała mi na dyktafon różne głosówki i mocno angażowała się w cały proces, ale gdy miało już dojść do nagrywania w domowym studiu, bywała wstydliwa – choć to zrozumiałe, bo robiła to pierwszy raz na taką skalę. Jako starszy brat musiałem ją czasami mobilizować, oczywiście stosując odpowiednie podejście, by jej nie zrazić.

Efektów będziemy mogli posłuchać już 8 maja. Opowiedz proszę o winylowej edycji swojego albumu. Od początku miałeś w planach winyl?

Tak, to było moje największe marzenie. Można powiedzieć, że spełniłem je podwójnie, bo „Last Romantic Warrior” to double LP. Ponad 70 minut muzyki na czterech stronach płyty. Mariusz Dziurawiec, z którym współpracuję już od kilku lat, przygotował specjalny master pod winyl, dzięki czemu materiał brzmi naprawdę doskonale. To ciekawe, bo przecież sam nagrywałem ten album i wydawało mi się, że każdy dźwięk znam na pamięć, a jednak słuchając test pressu, odnajdywałem we własnej muzyce zupełnie nowe detale. To jest właśnie magia tego nośnika.

A czy na co dzień słuchasz winyli? To też, oprócz basu, odziedziczyłeś po swoim tacie?

Oczywiście – sam posiadam własną kolekcję winyli, skromniejszą niż taty, rzecz jasna (śmiech), ale z kilkoma prawdziwymi perełkami. Mam na przykład oryginalne japońskie wydanie Led Zeppelin III z lat 70., które dostałem od przyjaciół na swoje 18. urodziny, niemieckie wydanie Andreasa Vollenweidera „Behind the Gardens” z inną okładką niż wersja amerykańska, a prawdziwym rarytasem jest oryginalne amerykańskie wydanie z 1972 roku albumu „Ennea” jazz-rockowego zespołu Chase. Na tej płycie jest utwór „Cronus” – ta moc i groove są niesamowite. Co ciekawe, to właśnie ten kawałek był wykorzystywany jako czołówka programu kryminalnego „997" w latach 90. Niewielu dziś pamięta, skąd pochodzi ta melodia.

Przed Tobą release party, które odbędzie się 8 maja w poznańskim sklepie Łoki Toki. Potem ruszasz w krótką trasę po Polsce. Czego można się spodziewać po tych koncertach?

Trasa będzie wyglądała tak, że płyta to jedno, a koncerty drugie. Jestem z takiej szkoły, że oddzielam te dwie sprawy. Nie lubię dzisiejszego podejścia do grania live, z klikiem i włączonymi laptopami, gdzie masz start, cały numer leci jak na Spotify i musisz się zmieścić pomiędzy dwa refreny, bez solo itp. Dla mnie wzorem są koncerty zespołu Toto czy też Carlosa Santany. Będzie 7-osobowy skład: dwoje wokalistów, dwóch klawiszowców, saksofonista, perkusista, no i ja na gitarach basowych. Kompozycje będą, jak to mówią po angielsku, extended. Mało gadania, dużo grania i show na kanwie starych dobrych koncertów. Wszystko zgodne z ideą „Last Romantic Warrior”.

Czy masz już dalsze plany, związane z wyjściem z tą płytą poza Polskę?

Tak. Ta trasa jest przede wszystkim po to, żebyśmy zaczęli i nagrali materiał live na potrzeby promocyjne. W dzisiejszych czasach, zwłaszcza na koncerty i festiwale wymagane jest video of the band. Będę mocno celować ze swoją płytą na Zachód. Widzę w nim duży potencjał, dlatego uznałem, że stawiam wszystko na jedną kartę. Nawet zespół nazwę Last Romantic Warrior i w przyszłości tak planujemy występować. Na początek przyszłego roku spróbujemy uderzyć do Niemiec, ale moim marzeniem jest dotrzeć również do całej Europy, Anglii oraz USA. Super byłoby kiedyś wystąpić na North Sea Jazz Festival w Holandii, na Coachelli lub w Tiny Desk. Być pierwszym polskim liderem europejskiego zespołu, który to osiągnął – marzenie!

Bardzo dobrze, trzeba marzyć i iść po te marzenia. Dzięki za rozmowę i powodzenia!

Last Romantic Warrior Tour 2026:
08.05 – Poznań, Łoki Toki (release party)
15.05 – Bogatynia, BOK
16.05 – Pieńsk, Pl. Wolności
17.05 – Wrocław, OPT Zamek

Jedyny polski portal o płytach winylowych. W sieci już od ponad 10 lat (wcześniej Psychosonda)

Dane kontaktowe

Redakcja Portalu Winylowego
(biuro e-words)
al. Armii Krajowej 220/P03
43-316 Bielsko-Biała

© 2026 Portal Winylowy. All rights reserved.