Urszula świętuje 30-lecie albumu „Biała droga”, jednej z najważniejszych płyt w swojej karierze. Artystka przygotowuje się także do jubileuszowej trasy z okazji 45 lat pracy scenicznej. W rozmowie wspomina muzyczne początki, lata 80., współpracę ze Staszkiem Zybowskim oraz kulisy powstania „Białej drogi”. Opowiada również o specjalnej reedycji albumu, a także poleca wybrane winyle z prywatnej kolekcji.
Jakub Krzyżański: Mówi się, że dla artystów ich płyty są jak własne dzieci. Zgadzasz się z tym, czy jednak ze swojego dorobku wskazałabyś albumy, które darzysz szczególnym uczuciem?
Urszula: A nikt ci nie powiedział, że czasami jedno dziecko jest bliższe niż drugie? Łatwiej się z nim dogadać, ma się z nim lepszy kontakt i tak dalej? Tak bywa. Myślę, że z tymi dzieciakami, które rodzą się gdzieś w naszych głowach, może być podobnie.
Patrząc na swoją dyskografię, podzieliłabyś ją na jakieś wyraźne etapy?
Na pewno wyróżniłabym lata osiemdziesiąte, czyli pierwszą płytę i cały tamten czas. Potem drugi okres, czyli lata dziewięćdziesiąte, od 1996 roku, po moim powrocie ze Stanów. To są dwa etapy, które od razu przychodzą mi na myśl. I chyba większość też tak to postrzega.
W latach 80. każdy twój album wydawała inna wytwórnia, z czego trzy pierwsze wyprodukowały tzw. firmy polonijne – Savitor, Polton i Arston. Z czego wynikały te zmiany? Czy to ty wybierałaś wytwórnie, czy raczej one wybierały ciebie?
O nie, ja absolutnie nie miałam z tym nic wspólnego. O firmie Savitor właściwie nic wtedy nie wiedziałam, a potem okazało się, że wydawała płyty dla bardzo wielu zespołów. Nie wiem, dlaczego tak się działo. Nie miałam absolutnie żadnego wpływu na to, która wytwórnia wydaje moje płyty. Czasami nawet nie wiedziałam, czy i kiedy ukażą się na winylu. Po prostu takie były czasy. Zresztą mam do tego wszystkiego ogromny sentyment i pewnie dlatego te płyty są dla mnie dzisiaj tak ważne. Pamiętam moment, kiedy powiedziano nam, że dostaliśmy tyle i tyle tej czarnej masy. Dzisiaj wiem, że to są takie kamyczki, właściwie proszek, z którego tłoczy się płyty. Każdy artysta dostawał określony przydział i nie było możliwości dodrukowania czy zwiększenia tej ilości. Było dokładnie tyle, ile nam przyznano. Stąd brały się te kolejki. Ludzie chcieli dostać płytę, bo wiedzieli, że kiedy się skończy, kolejna pula już się nie ukaże. Pamiętam to wyczekiwanie na premierę. Nie wiem nawet, jak wtedy przekazywaliśmy sobie informacje. Nie było przecież mediów społecznościowych ani portali, na których można było sprawdzić, co się dzieje. A jednak skądś wszyscy wiedzieli – np. z plakatów, a może z magazynu Non Stop. Pamiętam takie pismo dla ludzi interesujących się muzyką. W Non Stopie na ostatniej stronie był nawet ranking instrumentalistów. Coś niesamowitego!
fot. Beata Wielgosz
Od czwartej płyty w twojej muzyce coraz wyraźniej pojawiał się rockowy, ostrzejszy klimat. Na ile był to wpływ Staszka Zybowskiego, z którym się związałaś, a na ile efekt twoich własnych poszukiwań?
Czwarta płyta, czyli „Czwarty raz”, była wyjątkowa, ponieważ żegnałam się nią z Budką Suflera. Przechodziłam wtedy na własny garnuszek, jak to się mówi. Romek Lipko i Staszek postanowili zrobić tę płytę wspólnie. Połowa to kompozycje Romka, a połowa Staszka i rzeczywiście bardzo się od siebie różnią. Ja chyba chciałam wtedy pokazać, że również mogę trochę odciąć się od wizerunku tej poetyckiej, grzecznej Uli. Chciałam pokazać, że potrafię śpiewać także trochę inne rzeczy.
Mieliście ze Staszkiem podobny gust muzyczny czy raczej uzupełnialiście się pod tym względem?
Urodziliśmy się mniej więcej w tym samym czasie, więc mieliśmy podobne muzyczne korzenie. Pamiętam te młodzieńcze fascynacje, zespoły wypisywane na torbach w szkołach – Purple czy Zeppelini. To był czas, kiedy właśnie ta muzyka była dla nas czymś najlepszym. Myślę, że ukształtowały nas bardzo podobne brzmienia.
To ciekawe, co mówisz, bo przygotowując się do naszej rozmowy, natrafiłem na informację, że początkowo miałaś śpiewać polskie country. Pojawia się też historia, że piosenka „Nie było ciebie tyle lat” Krystyny Giżowskiej powstała z myślą o tobie. Ile jest w tym prawdy?
Może nie tyle, że miałam śpiewać country, ile że współpracowałam wtedy z Rysiem Kniatem z Poznania, który pisał tego typu piosenki. Zaproponował mi nagranie dwóch czy trzech utworów w tym stylu. Najbardziej pamiętam „Z każdym kilometrem kocham bardziej”. Nagrywaliśmy to w Łodzi i były to jeszcze bardzo amatorskie sytuacje. Nie można więc powiedzieć, że świadomie zdecydowaliśmy wtedy, że taka będzie moja droga. To po prostu był jeden z epizodów. Country zresztą bardzo lubię, a współczesne country wręcz uwielbiam.
Czy w tamtym okresie wszystkie propozycje artystyczne, jakie dostawałaś, były zgodne z twoimi zainteresowaniami?
Raczej tak. Kompozycje Romka Lipki były przecież wspaniałe. Do tej pory je gramy, a „Dmuchawce” są zawsze taką wisienką na torcie podczas koncertu. „Malinowy Król” to naprawdę przepiękna rzecz. Na koncertach mamy cały set utworów z lat 80., przede wszystkim „Fatamorganę”, „Luz-Blues”, „Twoje zdrowie, mała”. Moi muzycy również lubią je grać. To jest takie przyjemne cofnięcie się do tamtych lat. No i przede wszystkim są to piękne melodie.
Na marginesie muszę ci powiedzieć, że dla mnie „Malinowy król” to jedna z najlepszych polskich popowych płyt lat 80.
To super, bardzo mi miło.
fot. Beata Wielgosz
Za to inna twoja udana płyta – „Biała droga” – właśnie świętuje 30-lecie. Czytałem, że musieliście wręcz zawalczyć o jej wydanie. Co wtedy stało na przeszkodzie?
Myślę, że przede wszystkim mój wizerunek z pierwszej połowy lat 80. i zderzenie z tym, jak wyglądałam i co śpiewałam kilka lat później. Ten czas spędziłam przecież w Stanach i nagle wróciła inna dziewczyna, śpiewająca inny repertuar. Właściciele wytwórni nie byli chyba przekonani, że wydanie tej płyty po prostu im się opłaci. Obawiali się, że materiał nie trafi do ludzi, że nie będzie się sprzedawał i że nie uda nam się ich przekonać. A przecież mieliśmy świetnie przygotowany materiał. Przed nagraniami odbyliśmy bardzo dużo prób. Do tej pory nie przypominam sobie, żeby jakakolwiek moja płyta była tak dobrze przygotowana jak właśnie „Biała droga”.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że nikt nie dostrzegł w tych piosenkach potencjalnych hitów.
Szefowie wytwórni wysyłali swoich ludzi, żeby przesłuchali materiał, ale oni niekoniecznie byli muzykami i nie zawsze mieli otwarte głowy. Nie słuchali tego jak muzycy, tylko jak ludzie, którzy mają ocenić, czy coś się sprzeda. A przecież tam były piękne piosenki. Nam zależało przede wszystkim na tym, żeby tę płytę wydać, żeby trafiła do ludzi i żeby mogli jej posłuchać. Mieliśmy wewnętrzne przekonanie, że kiedy już się ukaże, to sobie poradzi. Ludzie z wytwórni myśleli chyba bardziej jak księgowi niż jak otwarci ludzie związani z muzyką.
Czułaś wtedy, że od wydania tej płyty może zależeć twoja dalsza kariera?
Nie wiem, czy aż tak. Po naszych perturbacjach w Stanach, gdzie w końcu nie graliśmy nigdzie na stałe – występowaliśmy w różnych miejscach, amerykańskich, polskich – nie było nam tam łatwo. Wszystko, co mogło wydarzyć się tutaj, nie wydawało się więc chyba niczym trudniejszym. Poza tym mieliśmy ten materiał, więc nie było w nas strachu. Jedyną obawą było to, że płyta może po prostu nie wyjść, że zostaniemy z tym materiałem i nikt się nim nie zainteresuje. Mówię oczywiście o wytwórniach.
Na szczęście Marek Kościkiewicz z ZIC ZAC-a zdecydował się ją wydać…
Tak. Stwierdził tylko, że jest trochę za mocno i że może przydałoby się więcej gitar akustycznych. To pamiętam jako jego zalecenie czy uwagę, do której oczywiście się zastosowaliśmy – i bardzo dobrze zresztą. Powiedział też: „Fajna jest ta płyta, bardzo mi się podoba, ale myślcie już o następnej. Jeśli się sprzeda, jeśli zwróci się to, co w nią włożyliście i co my w nią włożymy, będzie super”.
Płyta okazała się wielkim sukcesem, a jednym z najbardziej pamiętanych singli był „Konik na biegunach”. Ta piosenka wyraźnie odstawała od twojego podstawowego repertuaru, a do tego była coverem. Czy jej ogromna popularność kiedykolwiek zaczęła cię męczyć?
Nie męczy mnie do dziś. To bardzo fajnie zrobiona piosenka, świetnie się ją gra, jest bardzo energetyczna. A z tym riffem a’la Blues Brothers to jest po prostu sam miód. Myślę, że to był pomysł Staszka. Ja nazywam ten numer takim koniem trojańskim na tej płycie. Po prostu wjechał. Większość muzyków mówiła: „Super płyta, tylko ten Konik...”. A okazało się, że właśnie ten konik bardzo nam pomógł.
Reedycja „Białej drogi” zawiera nowe nagrania z twoim obecnym zespołem. Czy ponowne przygotowanie tych piosenek sprawiło, że spojrzałaś na nie z innej perspektywy?
Nie, raczej nie. My cały czas gramy ten materiał. To nie było tak, że nagle wróciłam do niego po jakiejś długiej przerwie i mogłam spojrzeć na niego z dystansu. On cały czas jest aktualny i żywy. Gramy te piosenki na koncertach, zresztą graliśmy je również wtedy. W związku z tym weszliśmy do studia właściwie z marszu. Nie było żadnych większych zaskoczeń.
Reedycja „Białej drogi” (2x biały LP) – fot. Oficjalny sklep Urszuli
Skąd w ogóle pomysł, żeby nagrać ten materiał od nowa, zamiast wykorzystać oryginalne ścieżki z lat 90.?
Wiesz, to są historie związane z tym, kto ma do czego prawa i która firma jest właścicielem materiału. Z dawną wytwórnią również nie mogliśmy się porozumieć. W związku z tym wyszło tak, że łatwiej było nagrać wszystko od nowa, niż później kłócić się z firmą o prawa i o to, czy możemy wykorzystać oryginalny materiał.
Podobnie postąpiłaś przy wydanej w 2014 roku składance „Wielki odlot 2 – najlepsze 80- te”. Kiedy okazało się, że są to nowe nagrania, wiele osób było zaskoczonych, bo bardzo wiernie odtworzyłaś oryginalne aranżacje. Zależało ci przede wszystkim na zachowaniu ducha tych piosenek, zamiast nadawania im zupełnie nowej formy?
Myślę, że tak. Wyznaję zasadę, że lepsze jest wrogiem dobrego. Jeżeli coś sprawdzało się przez tyle lat, a ludzie przyzwyczaili się do tych piosenek, to doświadczenie mówi mi, że totalne zmiany niespecjalnie się sprawdzają. Zresztą nie wiedziałabym, jak mogłabym zmienić „Dmuchawce” i po co właściwie miałabym to robić. Poza tym, jeżeli to ma być „najlepsze osiemdziesiąte”, to niech to będą lata osiemdziesiąte, a nie dwutysięczne. W ogóle nie myślałam o tej płycie w taki sposób, żeby tworzyć całkowicie zmienione wersje. Wtedy zresztą nie było to jeszcze często spotykane. Byliśmy jednymi z pierwszych, jeśli nie pierwsi w Polsce, którzy podjęli taki krok. Chodziło o to, żeby mieć ten materiał przy sobie, więc po prostu zrobiliśmy go ponownie.
Na pewno zrobiłaś to lata przed Taylor Swift, która później zasłynęła z nagrywania swoich wczesnych albumów na nowo, by uniezależnić się od pierwszej wytwórni.
Tak, później dowiedziałam się, że ona też na to wpadła. Czasami po prostu nie ma innego wyjścia.
Przed tobą, poza 30-leciem „Białej drogi”, także wielka trasa jubileuszowa. Mając w repertuarze tyle hitów z lat 80. i 90., masz jakiś klucz, według którego zbudujesz setlistę takiego koncertu?
Wchodzimy w poważny temat. Czterdzieści pięć lat to rzeczywiście poważna sytuacja. Nigdy specjalnie nie przejmowałam się jubileuszami, ale teraz nawet na mnie robi to wrażenie. Kiedyś pamiętam, że obiecywałam mamie, że będę śpiewać do trzydziestki, a potem skończę studia i wszystko będzie już tak jak normalnie. A tu czterdzieści pięć lat na scenie! To rzeczywiście jest ważna rzecz. Jeśli chodzi o repertuar, zazwyczaj podczas koncertów gramy najpopularniejsze utwory. Mamy też ranking pokazujący, które piosenki są najczęściej słuchane przez ludzi. Wiemy, co lubią i czego chcą. Myślę, że pod tym względem niewiele będzie się różniło od tego, co gramy teraz. Do tego dojdą jakieś historie, o których jeszcze muszę pomyśleć. Jesteśmy dopiero przed próbami. Nawet pytam swoich fanów: „Jakie piosenki chcielibyście usłyszeć?”. Tylko że oni mają czasami takie pomysły, że nie wiem, czy reszta widowni by się z nimi zgodziła. To już są, powiedziałabym, fanatycy tych rzeczy. Wybierają czasami utwory, których w ogóle nigdy nie graliśmy na żywo. Myślę też o zaproszeniu specjalnych gości na tę trasę. Wtedy koncert również wygląda trochę inaczej.
fot. Beata Wielgosz
Fani faktycznie potrafią nieraz zaskoczyć pomysłami i ciekawymi wykopaliskami. A czy Ty masz w swoim repertuarze jakieś piosenki, które nie były hitami ani nawet nie trafiały na single, a które chciałabyś po latach przypomnieć? Takie, do których masz szczególny sentyment, choć nigdy się nie przebiły?
Jest kilka takich piosenek. Właśnie teraz, kiedy o tym mówisz, myślę, że może coś z nich nowego utkamy w tym programie. Koncert będzie musiał być też dłuższy niż godzina dziesięć czy piętnaście minut. Pewnie inaczej się nie da. Na razie nie podam Ci konkretnego tytułu, bo jeszcze nie wiem, co mi z tego wyjdzie.
Wspomniałaś na początku, że przy pierwszych płytach nie byłaś szczególnie zaangażowana w proces wydawniczy. Jak bardzo się to zmieniło? Na ile dziś w nim uczestniczysz i czy stał się on dla ciebie czymś naturalnym?
Przede wszystkim byłam w tłoczni płyt. Wiem, jak się to robi i na czym to polega. Nasze pierwsze płyty były nacinane, początkowo zresztą u nas, w Łomiankach. Okazało się jednak, że efekt nie był taki, jakiego oczekiwaliśmy. Jeździliśmy z każdym takim test pressem do naszego człowieka od masteringu. Miał dużo uwag i wychwytywał spore różnice w brzmieniu. Wymyśliliśmy więc wspólnie, właśnie w tłoczni, że wyślemy to jednak do Berlina. I tam nacięli to po prostu genialnie.
Podobno też możesz się pochwalić dużym doświadczeniem jako słuchaczka i koneserka winyli. Kilka lat temu przeczytałem w twojej książce, że masz w domu pokój odsłuchowy ze sporą kolekcją płyt. Czy to wciąż aktualne?
Tak, oczywiście. Ta kolekcja cały czas się rozrasta. Pokój odsłuchowy powstał kilka lat temu i również wciąż się zmienia. Jest to właściwie przestrzeń, w której można sobie albo usiąść, albo zagrać w bilard, bo mamy tam również stół. To bardzo przyjemne miejsce. Można chodzić wokół stołu, myśleć i słuchać muzyki. To jest po prostu niebywałe, jak muzyka wtedy wchodzi. Bardzo lubię ten pokój. Mam sporo starych płyt, ale oczywiście zamawiam również współczesne wydania. Ostatnio byłam nawet trochę rozczarowana, kiedy zamówiłam najnowszą płytę The Black Crowes i bracia wydali ją w bardzo minimalistyczny sposób. To właściwie jedna płyta, bez żadnych opisów, bez niczego. Pomyślałam: „Kurczę, czekałam na nią bardzo długo...”. Ale jest fajna.
Na koniec, powiedz proszę naszym czytelnikom, jaką płytę z własnej kolekcji poleciłabyś im na długie jesienne wieczory?
Kochani, ja uwielbiam Pink Floydów i zawsze będzie świetnie móc posłuchać czegokolwiek z ich płyt. Bardzo polecałabym również pierwszą płytę Crashu, wznowioną kilka lat temu przez GAD Records. Wielu z tych piosenek wcześniej nawet nie znałam, bo Staszek grał w Crashu przez dłuższy czas i miał tam również swoje kompozycje. Ta płyta jest bez Grażyny Łobaszewskiej, ale „Senną opowieść Jana B.” z Grażyną również Wam polecam.
Dziękuję za rozmowę.
Reedycję płyty „Biała droga” znajdziecie w oficjalnym sklepie artystki.